Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-06-22

„Tęsknota” Gaël Faye

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 14 czerwca 2017

Liczba stron: 272

Przekład: Katarzyna Marczewska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rany dzieciństwa

Gaël Faye napisał poruszającą powieść opartą na własnych wspomnieniach, która bardzo przypomina „Rybaków” Chigioze Obiomy. To także książka o rozpadzie, przede wszystkim rozpadzie rodziny – u Obiomy z nigeryjskim, u Fayego z burundyjskim adresem. Obie książki przypominają o tym obliczu Afryki, o którym nikt nie chce pamiętać. O przemocy uwarunkowanej wiarą w coś, co ostatecznie niszczy, a nie wyzwala. „Tęsknota” to przejmująca narracja o dwóch postaciach – młodziutkim Gabrielu, któremu wojna i przemoc odbierają dzieciństwo, oraz jego matce popadającej w szaleństwo w konfrontacji z ogromem cierpienia i śmierci. Trudno orzec, która z tych postaci jest tu bardziej tragiczna. Bezpieczny świat Gabriela rozpada się stopniowo. Równowaga jego matki zostaje zachwiana w momencie grzebania ofiar pogromu w rodzinnej Rwandzie. A może oboje zaznają tej samej formy opresji, tylko jednemu z nich udaje się z nią poradzić? Czy na pewno? Gaël Faye w bardzo stonowanym stylu opowiada o dramacie określania swojej tożsamości. Jakikolwiek wybór będzie się wiązał z przemocą. Jakakolwiek alternatywa staje się początkiem trwania w niepokoju o życie. Niemożliwa jest harmonia w świecie, do którego wdzierają się „wściekłość i krew”. Niemożliwa jest też po latach, gdy tęsknota nakazuje wrócić do ziemi skąpanej kiedyś we krwi. „Tęsknota” to mroczna powieść inicjacyjna, która nie analizuje kontekstów krwawych konfliktów w Rwandzie i Burundi u kresu minionego wieku. Mamy tu bardzo subiektywną perspektywę dziecka, któremu odbierana jest bezpieczna przestrzeń, gdzie z przyjaciółmi beztrosko spędza czas, a potem zanurza się w lękach, dopuszczając do siebie przemoc. Nie można zostać neutralnym wobec antagonizmów dzielących świat na dwie krwawe części. Nie można pozbyć się własnego kraju, zapomnieć o jego dramacie. Niesie się to wszystko jak uciążliwy balast i nigdy tak naprawdę nie zaznaje spokoju utraconego wraz z dzieciństwem.

Znamy sporo wstrząsającej literatury faktu, która odnosi się do rwandyjskiego ludobójstwa. Wojciech Tochman czy Jean Hatzfeld to tylko dwa nazwiska spośród tych, którzy znaleźli się na miejscu, by zrozumieć niewyobrażalne. Gaël Faye beletrystycznie sytuuje konflikt w Rwandzie w pewnym mrocznym tle, koncentrując się na tym, w jaki sposób rozwinęła się wojna domowa w Burundi, trwająca kilkanaście lat i pochłaniająca setki tysięcy ofiar. Doświadczana ludobójstwem Rwanda obecna jest w narracji jako miejsce, z którego pochodzi matka bohatera. To ona udaje się tam po to, by ratować członków rodziny. Po tym, gdy przeżyje już wszystkie stadia bezradności i rozpaczy, słysząc o doniesieniach, które stara się skryć przed świadomością dzieci. Matka Gabriela płaci najwyższą cenę za obecność przy zbrodniach. Za to, że decyduje się konfrontować z ludzką bezwzględnością i nosić w sobie jej ślady. Syn tymczasem chce uciekać od konfrontacji ze złem najdłużej jak to możliwe. Nie uda mu się oddzielić bezpiecznej przestrzeni domu i dzielnicowego zaułka. Nie uda mu się uciec od przemocy, która pochłania wszystko i niszczy z niewyobrażalną wręcz siłą.

To książka o pięknym uczuciu do ziemi doświadczonej przemocą w tak okrutny sposób, że pozostaje jedynie pozornie neutralne relacjonowanie. A jednak Gaël Faye wydobywa z tej opowieści coś więcej niż tylko wstrząsającą historię przedwczesnego dojrzewania. Burundi portretowane jest z czułością do detali i chwilami w taki sposób, że nijak nie można zrozumieć, jak w tę idylliczną rzeczywistość wdzierają się okrucieństwo i rany zadawane sobie nawzajem przez ludzi. Dom jest bezpieczną twierdzą, a rodzina stanowi fundament, który wobec niepokojów zewnętrznych jest wyraźnym punktem odniesienia, czymś nie do zniszczenia. Rozpad rodziny egzemplifikuje już rozstanie rodziców mające miejsce przed miesiącami masakr. Oboje kurczowo trzymają się tego, co przeżyli, a doświadczenia dzielą coraz bardziej. Także dzieci, bo po latach Gabriel będzie chciał wrócić do Burundi, a jego siostra zapomnieć o tym kraju.

„Tęsknota” opowiada o specyficznej formie wyalienowania, za którą kryje się noszona latami trauma przyznawania się do jakiejś przynależności, określania tożsamości powiązanego z zawsze fatalnymi skutkami. Bohater nie chce – jak przed laty – opowiadać się czytelnie i definiować samego siebie, a jednak jest to książka o przynależności determinującej całe dojrzałe życie. To świadome życie, które zbyt wcześnie się rozpoczęło, zbyt drastycznie przełamało na pół, tonąc częściowo w morzu krwi zabijanych z powodu przynależności do danego plemienia. Gaël Faye opowiada o gniewie i strachu, ale także o ludzkiej bezsilności. Perspektywa dziecka dodatkowo nakreśla mroczne kontury świata, w którym czaić się może tylko śmierć. A to największe przecież barbarzyństwo, by dziecko konfrontować ze śmiercią. Dlatego ta powieść jest jednocześnie pełna czułości i dramatycznie bezkompromisowa. Nostalgia łączy się z barbarzyństwem, a poszukiwania spokoju wewnętrznego z tym, co trawi świat zewnętrzny, niszcząc jego ramy, zaburzając jakikolwiek porządek.

Myślę, że „Tęsknota” jako znakomity debiut literacki jest nie tylko mrocznym memento, ale także prozą specyficznego wyzwolenia się. Takie książki są potrzebne wielu i pod każdą szerokością geograficzną, gdzie przemoc rujnuje ideały, a poczucie własnej wartości musi być odbudowywane gdzieś w oddaleniu, z perspektywy uchodźcy. To także książka o afrykańskim fatalizmie. Jeden z bohaterów zaznacza, że Afryka ma kształt pistoletu. Uwarunkowania społeczne i kulturowe doprowadzają do przerażających w skutkach animozji, a wszystko w pejzażu pełnym dostojności i bardzo przewidywalnym – jak pory sucha i deszczowa następujące po sobie bez względu na wszystko. Gaël Faye czule żegna się z rodziną, ale pokazuje także, że więzi rodzinne nie zawsze są gotowe do konfrontacji z okrucieństwem. Portretując przemiany polityczno-społeczne w Burundi, autor – w pozycji dziecka – pokazuje, że nikt wówczas nie mógł być wolny od niepokojących go wyborów. To książka opowiadająca o potwornych wydarzeniach, ale sytuująca je w obrębie pytań o człowieczeństwo, kondycję człowieka doświadczanego przez przemoc. Faye jest mistrzem pewnej lapidarności w obrazowaniu nastrojów, jednak bardzo sugestywnie ukazuje dwa wspomniane na wstępie dramaty. Pośród dramatu miejsca, gdzie ludzkość utraciła nad sobą kontrolę. Gdzie maczety i broń palna zdobyły panowanie nad świadomością. Gdzie na moment świat się rozpadł, ludzie wymordowali. Gdzie zawsze pozostanie ślad tego wszystkiego. Najmocniejszy w pamięci tych, którzy przetrwali. Niezwykle ujmująca książka, niewiarygodnie okrutna i wyjątkowo delikatna w portretowaniu smutku oraz obłędu.

2017-06-18

„Fajrant” Andrzej Muszyński

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 25 maja 2017

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Praca i (nie)możliwości

To nie jest najlepsza książka Andrzeja Muszyńskiego. Nie chodzi tylko o to, że „Podkrzywdzie” bardzo wysoko podniosło poprzeczkę i w momencie, kiedy otrzymuję po prostu dobrą książkę, mogę być trochę zawiedziony. Wydaje mi się, gdy analizuję konstrukcję nowej narracji, że autor doskonale odnajduje się w krótszych formach prozatorskich, a klasyczna powieść (bo „Fajrant” nią jest) nieco mu się… rozchodzi. Tak, lubiana przeze mnie dygresyjność Muszyńskiego tutaj sprawia wrażenie niedopracowanej. Pojawia się trochę chaosu, przypadkowych zlepków tego, co opisywane w teraźniejszości, i wspomnień. Gdy autor penetruje czas przeszły i wydobywa stamtąd zarówno lokalną topografię, jak i pamięć o ludziach, znana doskonale fraza cieszy jednak oko i dlatego „Fajrant” się broni.

W opowieści o perypetiach młodych mieszkańców Miasteczka, którzy powracają po latach pracy w Anglii, czai się pewna przewidywalność i odrobina zwyczajnej nudy. „Podkrzywdzie” było dowodem, że Muszyński dużo barwniej i sugestywniej portretuje pejzaż niż człowieka, ale przecież „Miedza” też zachwycała, to także były opowiadania o ludziach w ferworze codzienności. Coś tu się wydarzyło niedobrego, ale nie odbiera to przyjemności lektury. Fajrant” bowiem to – śmiem twierdzić – jedna z ważniejszych polskich powieści o tym, czym jest praca dla współczesnego Polaka. Przekleństwem organizującym przewidywalne i przykre życie, ale i odskocznią od niego. Sferą, w której kłębią się marzenia oraz plany boleśnie skonfrontowane z możliwościami. Ci, dla których praca jest treścią życia, nie są u Muszyńskiego przegrani, lecz w pewien sposób okaleczeni. Haruje się całymi dniami, przez całe życie. Jeden z bohaterów stwierdza, że dobrze, iż Bóg wymyślił noce, bo człowiek zasuwałby cały czas. Etos pracy czy jej degrengolada? Ironizowanie czy przejmująca narracja o tym, jak jest naprawdę i jak bardzo to boli? Czyta się „Fajrant” z dużą uwagą, albowiem portretuje to, na temat czego polscy literaci zwykle utyskują. Praca staje się tu głównym bohaterem. Jej nadmiar i jej brak. Porządkuje i rozsadza rzeczywistość. Jest źródłem równowagi i chaosu. Dwa skrajne oblicza i dużo uważnej analizy tego, co pomiędzy nimi. Tak, to jednak dobra książka. I inna, i nowa. Pełna nostalgii, ale też niemocy. Czuła w stosunku do czegoś, co nigdy nie zostało opisane w czuły sposób.

W narratorze powracającym z przyjaciółmi po sześciu latach ciężkiej pracy trudno jest znaleźć motywację, by zmianę otoczenia przekuć na zmiany dokonane w samym sobie. Gorzko i ironicznie stwierdza: „(…) trzydzieści parę lat na karku, mogę zmartwychwstać, ale nie mogę już niczego zmieniać”. Czy aby na pewno? Powrót do Polski z oszczędnościami, które mimo wszystko nie imponują, jest dla bohaterów powrotem do świata w pewnym wymiarze i kształcie niezmiennego. To, co stałe, to matka i jej znak krzyża. Domy bohaterów, w których wychowywali swoje marzenia, a potem usiłowali je zrealizować, choć w Anglii było trudno. Powrót jest u Muszyńskiego konfrontacją. Z idealizmem czasu przeszłego, ale i z jego przekleństwem – nieprzypadkowo wszyscy troje znaleźli się w obcym kraju, nieprzypadkowo opuścili Miasteczko bez sentymentu. Ale jednak wracają. Dlaczego? To największa zagadka, choć jednocześnie można odczytać motywacje zachowania powracających z dużą dokładnością, analizując to, czym się potem zajmują. A chcą być panami sytuacji i ludźmi wreszcie mogącymi samodzielnie działać, realizować się. W pracy oczywiście. Różne są próby rozkręcania swego interesu. Portal dla młodych piłkarzy ma być odpowiedzią na wspomnienia, w których młodzi nie mieli szans ani możliwości futbolowego rozwoju. Kiedy pierwszy pomysł nie wypala, pojawiają się kolejne. Wyprawy do Czech czy Birmy – tam, by złapać potrzebny dystans. Praca fizyczna będąca ukojeniem niespokojnego wnętrza. Wszelkie formy zatrudniania i galeria kuriozalnych kontrahentów. Jest chwilami bardzo dowcipnie, a chwilami nadzwyczaj dramatycznie. Drogi przyjaciół na chwilę się rozchodzą, ale ostatecznie łączy ich jedno – chęć samostanowienia, którego nigdy tak naprawdę nie zaznali.

Miasteczko przyciąga do siebie i zmusza do wspomnień. Retrospekcje narratora to jedne z najlepszych fragmentów książki. Analiza tego, co nadal swoje i akceptowane, oraz konfrontacja z obcością. Nie da się żyć tak, jak żyli rodzice. W katolickiej, patriotycznej, małomiasteczkowej pokorze. W nieoczekiwaniu niczego poza przewidywalnością każdego kolejnego dnia. To przez ludzi takich jak oni wszystko, co nowe, długo musiało torować sobie drogę do Miasteczka. Jedni na tym skorzystali, inny wypadli poza margines. Ci, co dorobili się w Anglii, przyglądają się jednocześnie tym znajomkom, którzy nie mieli odwagi i determinacji, by wyjechać. Ze zdziwieniem patrzą na wielu ekscentrycznych rekinów polskiego biznesu. Nie wiedzą, gdzie jest ich miejsce – od znajomków się zdystansowali, rekinami być nie chcą. Przynajmniej nie takimi, którzy stawiają im warunki.

„Fajrant” to opowieść o iluzjach wolności i o tym, czym jest ona naprawdę. O porządku egzemplifikowanym przez pracę. Narzuconym jakby społecznie, po części też kulturowo. Muszyński opowiada o absolwencie Międzywydziałowych Studiów Humanistycznych z tendencjami ucieczkowymi. Unika dużych miast, bo w nich odsłania się w tłumie. Próbuje dostosować się do świata ludzkiej mnogości, ale jakoś mu się to nie udaje. Jego przyjaciele lepiej asymilują się z Polską i polskością, od której odcięli się na sześć lat. Jemu jest trudniej. Smutniej. Za dużo pamięta, za mało chce wyrwać życiu w przyszłości. To portret człowieka zadumanego i rozdartego między przynajmniej dwiema przestrzeniami, w których musi funkcjonować. Jeśli rozpatrywać konflikt wewnętrzny, znamienne i doskonałe jest zakończenie powieści. Jeżeli „Fajrant” traktować przede wszystkim jako dynamiczną opowieść o kłodach rzucanych pod nogi Polakom wchodzącym w dorosłość, dokumentalny sznyt tej prozy pozwala odbierać książkę nawet jak reportaż. Myślę jednak, że chodzi o całkowicie niesprecyzowane pojęcie „więcej” – tego chcą bohaterowie od życia, ale tego również oczekują, analizując dotychczasowe losy, status, poziom zadowolenia z tego, kim są.

To taka historia o ludzkiej niegotowości na świadome bycie w świecie, który również portretowany jest jako coś nieuformowanego, wiecznie poddawanego kolejnym zmianom. Fajrant” to opowieść o lokalnym patriotyzmie i globalnym poczuciu wyobcowania. O tym, że wciąż gdzieś podążamy, by spełniło się choć jedno z naszych marzeń. Także o tym, że realizacja marzenia niekoniecznie daje szczęście. W tym znaczeniu „Fajrant” jest sugestywną opowieścią o ludzkim niepokoju. Nadmiernie może dygresyjną i fragmentaryczną, ale powodowany tym chaos kompozycji może być również chaosem świata, którego nie da się pojąć i uporządkować, pracując i zarabiając pieniądze.

2017-06-15

„Kopaliśmy sobie grób” Antti Tuomainen

Wydawca: Albatros

Data wydania: 9 czerwca 2017

Liczba stron: 320

Przekład: Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina, praca, nuda

Antti Tuomainen zachwycił mnie swoją powieścią kryminalną „Czarne jak moje serce”. Do tego stopnia, że „Kopaliśmy sobie grób” czytałem zachłannie. Przez kilkadziesiąt stron. Nie spotkałem jeszcze tak nierównego pisania jednego autora. „Czarne jak moje serce” była silnie poruszającą opowieścią o doświadczeniu braku, którego nic nie jest w stanie zrekompensować. Smutną takim smutkiem, który ma wielowarstwowe podłoże – kiedy zrozumie się i przepracuje jedną z tych warstw, ujawnia się kolejna… i kolejna. Tuomainen jawił mi się jako twórca po prostu pięknej prozy – nieważne, że czytałem skandynawski kryminał, zupełnie nietypowy zresztą i z krzywdzącą go etykietą. Tamta książka pozostawiła ślad. Przez tę właśnie recenzowaną przemyka się szybko i z rozczarowaniami. Kopaliśmy sobie grób” to nie tylko świadectwo spadku formy fińskiego pisarza, ale coś wyglądającego na poważny błąd przy pracy. Książka – jak wspomniana poprzednia – osadzona w wątku traumatycznych relacji rodzinnych i poczucia odrzucenia, ale zupełnie niepodobna do poprzedniej. Traktująca ważki temat z lekkością oraz prostotą. Wszystko, co mamy wiedzieć, jest po prostu napisane. Nie ma sugestywnych niedopowiedzeń, choć jest wiele smutku. Tuomainen być może nie ma poczucia humoru. Kiedy w związku z tym opowiada nam taką historię śmiertelnie poważnie, staje się paradoksalnie dość groteskowy… i śmieszny.

Bo powieść ta zawiera tylko dwa zasadnicze wątki. Jeden przedstawia perypetie trzydziestoletniego helsińskiego dziennikarza-pracoholika, któremu rozpada się życie rodzinne, ale nie brakuje determinacji, by zgłębiać zagadkę pewnej podejrzanej kopalni na północy kraju, który to temat zajmuje go całkowicie. Ktoś wykupił kopalnię za bezcen bez przetargu, a w jej okolicy snują się mroczne typy i jednostki noszące w sobie jakąś tajemnicę. Albo usiłujące być na takie portretowane, gdyż w gruncie rzeczy wiadomo z grubsza, co się na lapońskiej prowincji wyprawia. Janne zdaje sobie sprawę z tego, że jego partnerka i córka domagają się uwagi, ale o tę uwagę walczą z ważną sprawą. Tak, wątek przedsiębiorstwa mającego niszczyć naturę jest dla Finów bardzo atrakcyjny. To jeden z nielicznych narodów, które z taką pieczołowitością dbają o idealny stan środowiska naturalnego. Na tym może opierać się nośność „Kopaliśmy sobie grób”. Elektryzujący opinię publiczną temat można jednak podać w niestrawnej formie. Sama bowiem historia jest mało porywająca, przewidywalna i w zasadzie nie byłaby nawet kanwą thrillera, gdyby nie drugi wątek.

Chodzi o Emila, który jest ojcem dziennikarza. I płatnym zabójcą przy okazji. Cały jest przeszłością, kiedy po latach wraca do Helsinek, chcąc uporządkować relacje z porzuconym synem i miłością swojego życia. Swój fach traktuje z równym zaangażowaniem co Janne – obaj żyją pracą, praca porządkuje im życie, nadaje temu życiu sens, jest czymś niezbędnym i najważniejszym. To, co przeżywa Emil, w połączeniu z efektami jego działań (skręca kark szybko i profesjonalnie, w filmowym stylu radzi sobie z każdym ludzkim obiektem do zlikwidowania) przypomina trochę książkę Halgrimura Helgassona „Poradnik domowy kilera”, ale wyzutą z jakiegokolwiek poczucia humoru. Bo Tuomainen jest naprawdę poważny i z tej historii nie tworzy niczego, co przykuwałoby uwagę. Może poza liczbą trupów. Tych jest znacznie więcej na metr kwadratowy niż ofiar w Tusuuli czy Kauhajoki (miejsca szkolnych masakr) – żeby nie ironizować, pisząc o ich nagromadzeniu w prozie człowieka, w którego kraju nie dochodzi do żadnych przestępstw. Dochodzi, ale Finlandia nie spływa krwią jak w tej powieści. Emil chce, by jego fach stał się historią. Aby zbliżyć się do syna, będzie robił za niewidzialnego ochroniarza. Wszystko to bardzo nieprzekonujące i wywołujące uśmiech na twarzy, bo wiele z opisanych scen kojarzy się z gorszym gatunkowo filmem sensacyjnym.

Mamy więc zaangażowanego w sprawę kopalni syna i równie zaangażowanego, ale w poprawę relacji ojca, który gdzieś tam w wolnym czasie dorabia na zabijaniu. I to wszystko. Naprawdę wszystko. Janne jest świadom tego, że nie sprawdza się jako ojciec, i dostrzega, iż być może postępuje tak jak Emil przed laty. Ten, który zniknął z jego życia, gdy był syn mały. Janne w dość zaskakujący sposób jest gotów oddać walkowerem swoją córkę, kiedy palący temat wywołuje w nim coraz większe emocje i chęć działania. Tymczasem to głównie ekscytacja Jannego – czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, jakie przekręty zorganizowano w Laponii, i czeka tylko na dowody. Także na jakieś spektakularnie zakończenie, które nie następuje. Problem odrzucenia, wyobcowania, statusu dziecka bez ojca przyjmującego po latach tego ojca jako prawdziwy dar od losu z całością inwentarza, czyli defektem w postaci smykałki do mordowania – wszystko jest bardzo płytko opisane, a właściwie jedynie sygnalizowane. Najciekawiej wypada prezentacja motywów, dla których Emil całe życie zabijał. Reszta jest nieudolną próbą budowania napięć i elementów zaskoczenia tam, gdzie nic nikogo zaskoczyć nie może.

Antti Tuomainen napisał książkę o tym, że rodzina jest najważniejsza. Nie skoncentrował się tym razem na odcieniach obyczajowych ani trudnym związku głównego bohatera, ani też skomplikowanej sytuacji ojca przybywającego po latach po wybaczenie. Kopaliśmy sobie grób” to powieść, której najmocniejszym elementem jest sam tytuł. Za tym mrocznym sformułowaniem nie stoi nic, co mogłoby tę książkę obronić. Ani traumy z czasu przeszłego, ani dość sprawnie prezentowany opis budowania bliskości po latach nie są przekonujące. Pozostaje pytanie o to, co w tej książce jest najważniejsze i na czym skupić czytelniczą uwagę. Na portretowanych z topograficzną dokładnością Helsinkach, których duszę Tuomainen definiował już na kartach „Czarne jak moje serce”? Autor stawia na dynamiczną – w jego odczuciu – teraźniejszość. Zdecydowanie lepiej i sugestywniej pisze, kiedy sięga w przeszłość. Tutaj tego sięgania jest bardzo niewiele. Zaskakująco zła narracja po rewelacyjnej powieści w tonacji blue zachowującej równowagę między intrygą kryminalną a przejmującymi wątkami obyczajowymi. W „Kopaliśmy sobie grób” ani jedno, ani drugie nie jest zaprezentowane w atrakcyjny sposób, mało wiarygodne, bez fantazji i wrażliwości na niuanse ludzkiej natury, którymi Tuomainen umie się zająć, ale tutaj zwyczajnie mu nie wyszło. Nic nie wyszło.

2017-06-13

„Obserwator” Evald Flisar

Wydawca: Ezop

Data wydania: 19 maja 2017

Liczba stron: 400

Przekład: Marlena Gruda

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: W drodze ku wolności

Współczesnymi słoweńskimi pisarzami interesują się głównie niszowi wydawcy. Zupełnie bez echa przeszło ukazanie się w Polsce zarówno ciekawego zbioru opowiadań „Awaria” Aleša Čara, jak i interesującego fresku obyczajowego „Czefurzy raus” Gorana Vojnovicia, w którym pisarz usiłuje oddać złożoność przemian w Słowenii zaraz po wojnie bałkańskiej. Gdybym miał porównać „Obserwatora” do jakiejkolwiek współczesnej powieści słoweńskiej, byłby to chyba „Pies” Mihy Mazziniego, gdzie nietuzinkowa osobowość skonfrontowana jest z nieczułym światem zewnętrznym i również – jak „Obserwator” – historia ta przybiera formę powieści kryminalnej. U Flisara nie jest to typowy kryminał. Wydobywa się ze słoweńskiej codzienności, a potem staje trochę kalką „Trylogii nowojorskiej” Austera, jednak stworzoną w zgrabnym stylu, bez niepotrzebnych powtórzeń, bez silenia się też na coś oryginalnego, bo wydaje mi się, iż Evald Flisar nie uważa, że swoją powieścią odkrywa coś szczególnie wyjątkowego. To trochę groteskowa, trochę surrealistyczna, przepełniona czarnym humorem i wnikliwością w portretowaniu głównego bohatera książka o tym, w jaki sposób człowiek radzi sobie – mentalnie i emocjonalnie – z pojęciem wolności; jak ją definiuje, gdzie określa granice jej przestrzeni, a także co robi, kiedy musi odpowiedzieć sobie na pytanie o to, co go w życiu ogranicza i jak bardzo sobie na to pozwala. „Obserwator” zgrabnie miesza gatunkowe kalki, stosuje interesujące spektrum odniesień do amerykańskiej sfery kultury, językowo zawodzi jedynie w szkolnych nieco dialogach, ale ostatecznie oferuje nam intrygującą powieść o manipulacji, konfrontacji ze śmiercią i definiowaniu sensu życia.

Simon Bebler używa znanego z filmu pseudonimu Barton Fink być może dlatego, że jest niespełnionym dramaturgiem w rodzinnej Słowenii, a potem zmanipulowanym przez galerię ekscentrycznych postaci młodzieńcem, przed którym po raz pierwszy w życiu ktoś otwiera możliwość rozumnego wyboru. Dotychczas Simon żył pośród wzorców wydobywanych z przeczytanych powieści i obejrzanych filmów. Stawiał się w pozycji tytułowego obserwatora. Nie był uczestnikiem życia, analizował jego złożoność w biografiach i poglądach innych. Zupełnie przypadkowo staje mu na drodze pewien charyzmatyczny człowiek oferujący odmianę losu. Mroczny kloszard z Lublany proponuje Simonowi podróż do Nowego Jorku oraz wykonanie tajnej misji dostarczenia tajemniczego pakunku. Zaskoczony chłopak przystaje na tę propozycję. Wcześniej musi odciąć się od wszystkiego, co kształtowało jego niepewną osobowość w Słowenii. Przede wszystkim od autorytetów stwarzających wizje, a nie sugerujących możliwość tworzenia własnych. Także z rodziną – z wielbiącym porządek ojcem i w furii roznoszącą ład matką. Simon po raz pierwszy w życiu stanie się człowiekiem osobnym. Pozbawionym toksycznych wzorców i idealizmu. Stanie w konfrontacji z samym sobą i będzie zmuszony zadać sobie pytanie o to, jaki kształt ma mieć jego życie. To prawdziwe życie, które trzeba wyrwać wizji śmierci, wszak bohater jest przekonany, iż nowotwór odbierze mu to życie w ciągu roku.

Flisar sprytnie zmienia tok narracji, kiedy jego bohater dotrze do celu. Dynamiczna fraza ukazuje szereg zaskakujących zbiegów okoliczności, pośród których Simon alias Barton po raz pierwszy w życiu stanie się uczestnikiem zdarzeń, nie ich obserwatorem. Co więcej, wszelkie manipulacje dadzą mu do zrozumienia, że stał się elementem gry zaprojektowanej przez swego enigmatycznego nowojorskiego gospodarza. Vincent Vega pozwala mu zamieszkać w luksusowym apartamencie z widokiem na Central Park. Ktoś jednak dybie na jego życie, w dodatku mieszkanie pełne jest zagadek autorstwa Vegi. Dostaje się do niego serwis gastronomiczny, a w szafie Simon odkrywa trupa. Vincent Vega to człowiek, do którego trzeba dotrzeć specjalną drogą doświadczeń. W końcu to z jego ust padają też znamienne słowa o tym, że „nigdy nie jest za późno na prawdziwe życie”. Słoweński młodzieniec zmuszony będzie do wzięcia odpowiedzialności za swoje wybory. Nie ułatwią mu tego dziwni ludzie pojawiający się w otoczeniu. Tajemnicza sąsiadka, terapeuta, sam Vega czy złożona ciężką chorobą dziewczyna przypominająca ulubioną aktorkę Umę Thurman.

„Obserwator” nabiera tempa i atrakcyjności, kiedy w nieco slapstickowej konwencji obrazuje niespodziewane zwroty akcji, podczas których Simon zacznie uczyć się prawdziwego życia. Podejmie się wyzwania wzięcia odpowiedzialności za wszelkie swoje stany emocjonalne. Od euforii w luksusowym apartamencie po samotność na ulicach Nowego Jorku. Znamienne są miejsca, w jakich przebywa, oraz bohaterowie, których spotyka na swojej drodze. Mają być drogowskazami, stają się coraz bardziej enigmatycznymi ludźmi, których intencji nie można być pewnym. Duch Austera – wspomniany już na wstępie – drepcze wciąż za nim, ale tak naprawdę chodzi tu przede wszystkim o budowanie autonomii i odpowiadanie sobie na pytania o to, jaki kształt ma życie ograniczone czasowo. Evald Flisar sięga do starożytnych już dylematów moralnych, portretując człowieka zderzonego z własną niemocą. Z chaosem świata zmierzającego ku równi pochyłej, w którym trzeba ustanowić jakieś trwałe miejsce dla siebie. Bo co można zrobić, kiedy wie się, że życie niebawem ulegnie zagładzie? Vincent Vega otwiera Simonowi oczy na kwestie, nad którymi nie zastanawiał się on w Słowenii, wrastając w zgorzknienie i pielęgnując swój egocentryzm. Życie będzie domagało się nie tylko zdefiniowania, ale także zrozumienia w swej różnorodności. Flisar dodatkowo podejmuje kwestię tego, czym jest ludzka tożsamość w zmiennej rzeczywistości, i bawiąc się podobieństwami bohaterów do znanych person, odkrywa iluzję poczucia własnej wartości.

„Obserwator” jest powieścią, w którą wchodzi się dość gładko, ale potem jest już niewygodnie – perypetie Simona zmuszają do refleksji nad tym, czym jest nasze życie wewnętrzne, jak można je uporządkować oraz wzbogacać. Flisar jest ironiczny także wobec samego siebie, bo to dość dowcipna powieść autotematyczna podejmująca się rozważań o stosunku autora do wymyślanej przez niego fikcji literackiej. Ta w „Obserwatorze” jest wyjątkowo atrakcyjna, choć może wydawać się wtórna. Obcowanie z tą powieścią to w dużej mierze dobra zabawa, ale także niepokój, który Flisar wprowadza stopniowo i sugestywnie. Świat się fragmentaryzuje, a ma być całością. Słoweński pisarz analizuje zależności między realnym życiem a tworzoną na jego podstawie fikcją literacką. Ostatecznie każe głównemu bohaterowi dokonać najważniejszych wyborów. Pokonać odium kulturowych wpływów i wydobyć z siebie to, co nienazwane. Na ile to wszystko się uda i ku jakiemu zakończeniu zmierza? Warto przyjrzeć się bliżej tej szalonej, mrocznej, nieco złośliwej i kontrowersyjnej książce o istocie przemierzania świata oraz tego, jak na niego patrzymy.


PATRONAT MEDIALNY

2017-06-09

„Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie” Hervé Ghesquière

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 24 kwietnia 2017

Liczba stron: 204

Przekład: Justyna Nowakowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Niespokojna ziemia

Hervé Ghesquière napisał książkę, którą można traktować jako ciekawe uzupełnienie reportażu Eda Vulliamy’ego „Wojna umarła, niech żyje wojna”. Obaj korespondenci badają teren, który został tak boleśnie doświadczony przez okrucieństwo wojny bałkańskiej z lat 1992-1995. Obaj zastanawiają się nad tym, jak wygląda krajobraz po wojnie – głównie ten mentalny, bo ważne są ruiny świadczące o wielkiej traumie, ale dużo ważniejsi jednak ludzie. Groza wojenna odciska się na kolejnym pokoleniu. Vulliamy – w dużo większej objętościowo książce – opowiedział o tym na wiele sposobów, zbierając taką liczbę wstrząsających wspomnień, że nie sposób było czytać je wszystkie bez chwili przerwy na złapanie tchu. Reportaż Ghesquière’a wydaje się bardziej kameralny i nieco bardziej osobisty. Nie chodzi tylko o to, że francuski dziennikarz opowiada o ponownym spotkaniu z ukochanym Sarajewem, które darzy miłością sentymentalną i jednocześnie gorzką. Hervé Ghesquière bardziej punktuje to, co Vulliamy rozpisywał na wiele głosów. W skondensowanej formie opowiada o różnego rodzaju opresjach, z którymi spotykają się dzisiejsi mieszkańcy Bośni i Hercegowiny. Kraju podzielonego chyba najbardziej ze wszystkich pojugosłowiańskich państw nie tylko dlatego, że wraz z Republiką Serbską wewnątrz siebie kumuluje tak wiele animozji i nieprzepracowanych dramatów, z których wyrastają kolejne. Bośnia i Hercegowina jak w soczewce ogniskuje problem bałkańskiego nacjonalizmu. Tego, w jaki sposób wciąż jest żywotny. Trawi pozornie zdrową tkankę społeczną, pozbawioną już agresji i uprzedzeń. Tylko pozornie. „Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie” to przede wszystkim sugestywne ostrzeżenie przed nacjonalizmem. Wydobyte z miejsca, o którym jeden z rozmówców Ghesquière’a mówi z goryczą: „(…) żyjemy nadal w epoce plemion”.

Teza wstępna tej książki stara się wskazać, że Europa naznaczona coraz to nowymi ruchami nacjonalistycznymi winna wejrzeć w głąb tego, co nacjonalizm uczynił z sercem Starego Kontynentu w czasie, w którym Bałkany topiły się we krwi. Nie jest jeszcze za późno, by powstrzymać to, co złe. Tam, gdzie przebywa Hervé Ghesquière, nacjonalizm po wojnie ledwie przygasł. Dzisiaj ma się bardzo dobrze. Wielu rozmówców wyraża mroczne przekonanie, że kolejna wojna może mieć miejsce lada chwila. Dlaczego? Dlatego, że – co podkreśla z całą stanowczością także Vulliamy – nie dokonano właściwego rozrachunku z przeszłością. Nie przedyskutowano jej, nie wybaczono sobie, nie przyznano się do błędów. Cała Bośnia zdaje się wypierać ze świadomości to, co niewygodne. Temat wojny nie istnieje. To temat tabu właściwie w każdej rozmowie – oficjalnej czy prywatnej. Demony wojny mają się bardzo dobrze. Zostały uśpione, ale nikt się ich nie pozbył. Ghesquière próbuje oddać ten mroczny proces odsuwania w pamięci minionej traumy, zastępowania jej czymś innym, niemożności rozmowy i braku chęci pojednania.

Przemierzając terytorium Bośni i Hercegowiny, autor rozmawia z ludźmi, którzy tkwią w matni bardzo specyficznego tworu państwowego. Etnokracja z trzema prezydentami nie jest ustrojem, w którym ktokolwiek miałby się dobrze. Państwo przeżarte korupcją i nepotyzmem nieśmiało puka do drzwi Unii Europejskiej, ale w gruncie rzeczy nie jest w stanie wykorzenić tego, czego Wspólnota absolutnie nie zaakceptuje. Przede wszystkim potwornych podziałów na tle etnicznym, które doprowadziły do śmierci i wygnania ludzi będących dzisiaj w stanie pewnego zawieszenia. Czy można spodziewać się powtórki jatki sprzed ponad dwudziestu lat? Zda się, że w niektórych rejonach, które odwiedza Hervé Ghesquière, wystarczy iskra, by podpalić lont nienawiści. Uprzedzenia są wciąż obecne. Sąsiedzi mogą obrócić się przeciw sobie w jednej sekundzie. Czy to tylko bałkańska przypadłość, że bliscy sobie na co dzień ludzie mogą z dnia na dzień stać się dla siebie śmiertelnymi wrogami? Jak cienka jest granica między dobrem a złem, szacunkiem a nienawiścią? W kraju, w którym żyją przedstawiciele chrześcijaństwa, prawosławia i islamu, już na gruncie religijnym tarcia niewątpliwie są duże. Zwłaszcza dzisiaj, w XXI wieku. Ale czytając tę wstrząsającą opowieść, nie sposób nie zadać pytania o to, co takiego w portretowanych ludziach pozwala im stać się krwawymi katami, a za chwilę uśmiechniętymi i zadowolonymi z siebie ludźmi, którzy nacjonalizm obudują siatką neutralnych pojęć, a o dokonanej rzezi będą mówić z cynizmem lub po prostu się jej wypierać…

Kiedy narodowość staje się cechą dystynktywną, idą za nią najgorsze instynkty. Hervé Ghesquière ukazuje, kto i w jaki sposób na co dzień je tłumi. Odwiedza ludzi, którzy potrafią z pełną premedytacją fałszować historię. Ludzi, którzy są gotowi zaprzeczać faktom, interpretować je inaczej niż robi to opinia publiczna, kwestionować własny udział w spirali zła przed laty, nie dawać szansy na pojednanie i wybaczenie. Rachunek wyrządzonych krzywd wystawiają Serbowie i Boszniacy. Ci drudzy portretowani są w tej książce jako ofiary zmuszane do przesiedleń, dramatycznych ucieczek, do niemożności kontaktu z ciałami zmarłych i pochówku tych, których nawet dziś, po tylu latach, poszukują zapłakani członkowie rodzin. Czy kreślenie wizji ekspansywności Serbów to obiektywne obrazowanie bałkańskich konfliktów? Ghesquière stara się przede wszystkim trzymać faktów. Tych faktów, które zamieniają się w morze relatywnych interpretacji. Bo rozmówcy francuskiego autora doskonale wiedzą, że potrzebne jest wybaczenie, by móc się pojednać. Nie są jednak mentalnie gotowi wybaczyć. Zbyt wiele krzywd przemilczano. Zbyt wiele się dzisiaj komentuje ironicznymi uśmiechami. Najgorsze jest jednak milczenie. Skrzywdzeni ludzie nie zapominają, oni jedynie uczą się żyć ze swą boleścią. Funkcjonować w kalekim państwie, które budowane jest na siłach partii nacjonalistycznych. Ten nacjonalizm zdaje się wszechobecny. Bardzo trudno jest się od niego odciąć, bo związał się z każdą sferą życia. Tego skomplikowanego życia pośród ruin, które zostały wzięte we władanie przez rośliny, albowiem człowiek boi się ich dotknąć. Udaje, że nie istnieją. Są, zaznaczają swoją obecność, nadają mijanemu pejzażowi wyraz wyjątkowo przerażającej pustki. Tam, gdzie śmiech i witalizm zbyt często zastępowane są mrocznymi wspomnieniami. Podziałami, których nie zlikwidował koniec wojny bałkańskiej. Te podziały pęcznieją. Są bardzo groźne. Mieszkańcy Bośni i Hercegowiny żyją w lęku przed tym, że przeszłość wróci do nich zaskakująco szybko. Hervé Ghesquière usiłuje zgłębić mechanizmy myślenia tych, którym wygodniej jest milczeć, niż dokonać prawdziwego rozrachunku. Zapomnieć i wybaczyć.

„Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie” to reportaż powstały z osobistej troski. Także z zaskoczenia i zdumienia – one towarzyszą autorowi w każdej podróży roku 2015, bo pokłosiem wędrówek po Bośni i Hercegowinie w tym właśnie roku jest ta smutna i melancholijna książka. Autor portretuje przestrzenie, których nikt nie zabudował, ukazując jednocześnie bezmiar oddalenia tych, co zmuszeni zostali przez los i państwo, by wieść życie obok siebie. W groźnym dystansie albo czasem w zwyczajnej rozpaczy oddalenia, z którym nie można sobie poradzić. Hervé Ghesquière rozmawia z bardzo różnymi ludźmi. Wie, jakie pytania zadawać, by dowiedzieć się czegokolwiek o tym, o czym tam się milczy. Niemożność wyciągnięcia właściwych wniosków z przeszłości idzie w parze z animozjami, które łatwiej podsycać i utrwalać… milcząc. Bo ten reportaż to nie tylko mroczne ostrzeżenie przed niszczącą siłą nacjonalizmu. Także historia o tym, jak przerażające może być milczenie. Co może się w nim rodzić i w co przerodzić. Wojna bałkańska znowu jest blisko. Jeszcze się nie wydarzyła ponownie, ale w umysłach wielu nigdy się nie skończyła. Hervé Ghesquière jest tu zbieraczem smutnych, nostalgicznych i dramatycznych opowieści także o przywiązaniu do miejsca, umiłowaniu ojczyzny i wewnętrznej potrzebie stabilności. Ważna i wartościowa książka, podobnie jak opowieść Eda Vulliamy’ego.

2017-06-06

„Turcja. Obłęd i melancholia” Ece Temelkuran

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 25 maja 2017

Liczba stron: 272

Przekład: Łukasz Buchalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Krytycznie i z miłością

Ta niezwykła książka z krwistoczerwoną okładką ma ogromną moc rażenia. Jest w niej wiele zdań gniewnych, ale równie wiele czułych i udowadniających, że Ece Temelkuran – choć trudno jej pisać o ojczyźnie w dobrych słowach – kocha Turcję z jej wszystkimi absurdami, bolączkami i całą różnorodnością, która ukształtowana przez wieki, dzisiaj tonie w morzu ludzkiej obojętności i wprawności w zapominaniu. Kiedy czytałem „Odgłosy rosnących bananów”, odnosiłem wrażenie, że właśnie obcuję z jedną z piękniejszych powieści o ludzkiej różnorodności. Nie sądziłem, że niebawem przeczytam zgoła inną książkę Temelkuran. Opowieść o kraju, który zapętlił się do tego stopnia, iż wszystko, co stanowiło kiedyś o jego rozwoju i otwartości, zwyczajnie wyciera z map, także tych myślowych. Turcja. Obłęd i melancholia” to opowieść o tym, co zostało zaniedbane, zapomniane, co lekceważono i deprecjonowano. Opowieść o kraju, który wciąż się staje – tak mocno przywiązany do kształtu własnych granic wyznacza coraz to nowe ograniczenia w codziennym życiu. Idzie drogą ku czemuś, co trudno zwerbalizować. Przyszłość Turcji może przerażać. Na razie wzbudza zdziwienie i konsternację – zarówno z Zachodu, jak i ze Wschodu. To specyficzne położenie między dwoma światami i różnymi kulturami zmusza Turcję do wybrania kierunku. Dokąd podąża państwo, o którym Ece Temelkuran pisze z takim zaangażowaniem, troską i wielką miłością?

Kluczowe znaczenie ma analizowanie działań Recepa Tayyipa Erdoğana, który odpowiada za większość ostatnich przemian w kraju. Autorka odnosi się także do tego, w jaki sposób jego partia zawłaszczyła przestrzeń publiczną. Jak opowiadając o demokracji i wolności, stopniowo jedną i drugą rugowała z codziennego życia. Myślę, że ta książka to przenikliwe studium autorytarności władzy, konsekwencji wynikających z tego, czym i w jaki sposób manipuluje. W narracji o tej mrocznej niezłomności jest jednak miejsce na pytania. Na ukazywanie alternatyw, do których Turcy nie dojrzeli albo zwyczajnie się ich boją. Temelkuran opowiada o tym, jak w Turcji kształtuje się świadomy opór – słowo zakazane w języku! – i jakie konsekwencje ma w państwie, które gloryfikuje uległość. Wszystko w konwencji niezobowiązującej opowieści. Czytelnik nie czuje się przymuszony do lektury. Co więcej – otrzymuje bardzo szeroką przestrzeń interpretacji tego, o czym czyta. Interesująca jest forma. To rozważania podczas oglądania zdjęć, porannego joggingu czy w trakcie jazdy taksówką po mieście. Koloryt codzienności zderza się z mrokiem czasu przeszłego. Turcja nie lubi pamiętać. Temelkuran wie, że aby naprawdę zrozumieć ten kraj, trzeba pozbyć się tej wprawności w zapominaniu i odrzucaniu odpowiedzialności za minione wydarzenia. Wydobywa z tureckiej historii to, co chciałoby zostać zapomniane – po to tylko, by pamiętać Turcję dzisiejszą, zapisywać ją w sobie na stałe, zniuansowaną i skomplikowaną. Nie taką, którą proponują rodakom media oraz ludzie władzy.

Turcja to kraj, w którym są rzeczy święte. To Koran, chleb i flaga narodowa. To państwo kocha swoich obywateli. Czasami na zabój. Przerażające są statystyki dotyczące łamania praw człowieka oraz rozważania o tym, na ile okrutnych sposobów można tego człowieka zniszczyć. Temelkuran symbolicznie ociera łzy i opowiada o ojczyźnie, w której się nie płacze. Jednocześnie nie analizuje tego wszystkiego, co powinno być tłumaczone w kontekstach. Z tej książki wyłania się obraz świata bezkontekstowego. Zamkniętego w rutynie i prostocie patriarchalizmu czy konserwatywnych poglądów, coraz liczniejszych i coraz bardziej widocznych w przestrzeni publicznej. To, co autorka chce pokazać, to ta przestrzeń prywatna – rozmów, domów, Turków starających się żyć godnie i z dala od absurdów serwowanych przez władzę. Bo jednym z podstawowych tureckich grzechów jest ta obywatelska bezwolność i poczucie, że zmiany nie dotyczą codziennego życia. Jeśli dodamy do tego nieczułość na fakty historyczne i niechęć do ich interpretacji, otrzymamy obraz społeczeństwa tkwiącego w rozleniwieniu albo strachu. Czym jest codzienne życie w kraju, który – w obrazie Temelkuran – przechodzi jakąś niepokojącą metamorfozę?

Ta książka bardzo wnikliwie ukazuje, jak kształtował się na początku stulecia obraz Turcji jako kraju modelowego pod względem łączenia różnych wartości oraz kultur. Kraju, który wydawał się racjonalny, tolerancyjny i ugodowy. Nawet Slavoj Žižek był gotów uznać, że Turcja jest wzorem demokracji dla państw arabskich. Temelkuran polemizuje nie tylko z Žižkiem. Także z modelem wygodnego przyjmowania za pewnik tego, co chciałoby się widzieć w nieznanym i niepewnym kraju. Takim ze specyficznym położeniem, z drugą największą armią NATO, z gotowością do poświęceń i mnogością różnych napięć, których istoty nie można zrozumieć. „Turcja. Obłęd i melancholia” to opowieść o tym, jak rozumieć wszystkie tureckie trudności, ale także jak stawać wobec nich w krytycznej postawie. Autorka wie, że nie chcą jej jako komentatorki bez hidżabu. Wspomina ogrom prześladowań, z jakimi zetknęła się w wirtualnym i realnym świecie. Wie, że jej bliskość z Turcją nie jest powszechnie akceptowana, ale stara się nakreślić, dlaczego akceptowane są inne wzorce i skąd ta doza akceptacji się bierze.

Chciałoby się mieć tak uważnych obserwatorów rzeczywistości w każdym kraju, który tworzy pewne bolesne konstrukty myślowe, by na ich fundamencie budować świat półprawd, agresji, świat zawłaszczający przestrzeń wolności – w każdym jej wymiarze. To zatem książka o tęsknocie za wolnością i o Turcji, która nie chce mierzyć się z tym, czego doświadczyła. W czasie przeszłym Turcy mogą znaleźć wiele odpowiedzi na dzisiejsze wątpliwości, ale nie chcą tam tych odpowiedzi szukać. Temelkuran stawia pytania jasno, krytycznie, nie oszczędza nikogo. Boi się, że z tej narracji wydobędzie się jakiś patologiczny obraz jej kraju, a przecież nie o to chodzi i nie taka jest Turcja. Jaka? Przede wszystkim bardzo dynamiczna w pewnym złowrogim sensie. Jest krajem, w którym modyfikuje się konstytucję i słownik codziennych rozmów. Gdzie wpływa się na świadomość za pomocą reżimowych mediów i gdzie trudno jest znaleźć odpowiedź na pytanie, czy przyszłość będzie stabilna, czy uda się uniknąć chaosu.

Jest w tej książce wiele fragmentów mających wymowę uniwersalną. Traktują o Turcji, ale tak naprawdę o pewnym modelu sprawowania władzy – od jej zdobycia poprzez zawłaszczanie sobie coraz to nowych sfer, z którymi na początku nie miała nic wspólnego. Jest w tej opowieści wiele zdań smutku i bezsilności. Jest też sporo dynamizmu, bo to przede wszystkim rzecz o dynamice zmian w Turcji. Czyta się to wszystko z narastającym lękiem, ale także z ciekawością – Temelkuran zabierze nas do Turcji, której w gruncie rzeczy nie znamy, a tym bardziej nie rozumiemy. Będzie nam łatwiej po lekturze? Niekoniecznie. Wiele z opisywanych problemów to kwestie, wobec których nie można jeszcze zastosować środków zaradczych, bo po prostu trzeba je wymyślić. „Turcja. Obłęd i melancholia” to przede wszystkim odważna książka o istocie prawdziwego patriotyzmu. Miłości do ojczyzny, która nie daje się kochać. Miejsca, z którego się wydobyło i wobec którego trzeba być krytycznym. Ece Temelkuran opowiada o świecie, w którym najgroźniejsze wydaje się zatonięcie w bierności i apatii. Pobudza i elektryzuje. Opowiada Turcję trudną, ale jednocześnie piękną w tym, co ukształtowało ją przed laty, i kreśli wizerunek dzisiaj. Poszukującą wolnością, tracącą tę wolność i jednocześnie stale wolną w każdym przejawie barwnego życia – pełnego trudu, przemocy, ale i kolorytu.


PATRONAT MEDIALNY

2017-06-04

„Pypcie na języku” Michał Rusinek

Wydawca: Agora

Data wydania: 17 maja 2017

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: W trosce o język

Mała i wesoła książka Michała Rusinka traktuje o bogactwie językowego rozpasania i o językowej niesubordynacji. Autor dowcipnie punktuje te kurioza polszczyzny, które na początku zawsze dziwią, potem jednak wywołują przede wszystkim uśmiech na twarzy. Takie książki o poprawności językowej, w których filolog nie staje w roli kostycznej wyroczni, są Polakom bardzo potrzebne. Po to, by przejrzeć się ze swym językiem jak w lustrze. Dostrzec to, czego na co dzień się nie dostrzega. Bo każdy błąd językowy powtórzony odpowiednio często zaczyna być niezauważalny. Tak jak niezauważalne jest to, co poprawne w języku. Rusinek wychodzi od słusznej tezy: nie słyszymy się wówczas, gdy wypowiadamy zdania poprawnie. Pypcie na języku” to jednak książka o tym, co powinno się słyszeć i widzieć. Punktująca nie tyle niezgrabności, ile nieznajomości kontekstów wypowiadanych fraz i słów. Czy Rusinek sięga jakoś głębiej w istotę procesów zaburzających poprawność polszczyzny? Niekoniecznie. Jego językowe pypcie są wyraźne, ale zanadto nie swędzą, nie są uciążliwe. Autor nie zgłębia ich uważniej, choć korzysta z fachowej nomenklatury i niejeden czytelnik zatrzyma się czasem na jakimś zaporowym słowie – jak katachreza dla przykładu. Zbiór felietonów o interesujących zjawiskach wciąż zmieniającej się polszczyzny powstawał w różnych okolicznościach – jak zdradza Rusinek, jeden z pisanych tekstów tworzy w pociągu. Te narracje to przede wszystkim zgrabne dykteryjki. Kogoś, kto bawi się także tym, jak sam pisze. Ironizując dzięki związkom frazeologicznym czy pytaniom retorycznym w innej, osobistej jakby funkcji.

Tak się składa, że to właśnie Wydawnictwo Agora przoduje w publikowaniu takich oto ważnych książkach dotyczących niepokojących zjawisk językowych. Rusinek okazuje się – jak Bralczyk czy Miodek – bardzo uważnym słuchaczem, ale także czytelnikiem. Otrzymujemy dwie grupy tytułowych pypci: te wydobyte z języka mówionego oraz z polszczyzny pisanej. Które bardziej bawią lub niepokoją – to już sprawa czytelniczego odbioru. Michał Rusinek podsłuchuje, a potem komentuje. Czyta uważnie, notuje i przypomina. Nawet w restauracji, w której więcej uwagi poświęca studiowaniu oraz przepisywaniu treści menu niż smakowaniu zamówionych potraw. Dziwi się i niejednokrotnie wpada w zadumę. Bo to jedno słowo wypowiedziane przez kogoś niefrasobliwie i w pośpiechu potrafi spowolnić wszystkie inne procesy myślowe autora i zmusić go do tego, by z verbum powstał interesujący felieton. Nic to, że krótki. Opisywane zjawiska zajmują Rusinkowi na pewno dużo więcej czasu i uwagi niż stworzenie konkretnego tekstu. Dlatego razem z zadumą idzie w parze pewna specyficzna czułość do usłyszanych bądź przeczytanych potknięć. Zaskakuje innowacyjność językowa, która wydobywa takie, a nie inne kurioza. Okazuje się, że uważne studiowanie języka innych może być niesamowitą przygodą. Pełną zwątpień, zaskoczeń i momentów rozbawienia, ale przede wszystkim wyjściem naprzeciw temu, w jaki sposób język polski rozgościł się w rozmaitych kontekstach – w sferze publicznej i tej prywatnej, w której komunikujemy się neologizmami, uszkodzonymi związkami frazeologicznymi czy niewłaściwą fleksją.

Które z opowieści o spotkaniach z językową innością są szczególnie ciekawe? Na pewno te związane ze zmianami, jakie zachodzą w polszczyźnie. Rusinek pokazuje, w jaki sposób anglicyzmy znalazły podatny grunt, by zasadzić się w obcym rewirze i zrewidować system pojęć albo odniesień do opisywanych przez nie spraw. Ciekawe są rozważania dotyczące języka komunikacji internetowej, ale także tego, w jaki sposób ten język jest wyjaśniany przez użytkowników. Z dużą dozą rubaszności Rusinek traktuje irytującą wysypkę deminutiwów. Bawią go zdrobnienia, ale już nie jest zbyt do śmiechu, kiedy idzie zmierzyć się z nadużywanym dedykowaniem czy posiadaniem. A może jednak za każdym razem zderzenia z uzusem są dla autora frajdą. Poznawczą przede wszystkim, bo każde okaleczenie języka niesie za sobą ważną filologiczną refleksję. Nie chodzi przecież o to, że coś tak brzmi lub jest napisane. Ważniejsze jest to, dlaczego takie się stało. A na to pytanie nie ma już łatwych i konkretnych odpowiedzi.

„Pypcie na języku” to felietony o tym, co się z nami dzieje, kiedy ktoś podetknie nam pod usta mikrofon. O tym, że w różnych sytuacjach oficjalnych lubimy groteskowe pleonazmy, a w życiu codziennym nie tylko zdrobnienia, lecz przede wszystkim różne formy skrótowców. Rusinek opowiada nie tylko o tym, jak dziwnie brzmią jego tytułowe pypcie. Analizuje ich strukturę – dużo uważniej niż genezę. Pokazuje pewne skomplikowane przestrzenie opisu przedmiotu. Jak na przykład wypowiadać się o muzyce? Co zrobić z nieszczęsnymi polskimi nazwiskami i ich odmianą? Dowiemy się także tego, jak okrutne potrafią być przymiotniki w nadmiarze i jak bardzo zgubna jest logika języka wszelkiego rodzaju reklam. Autor podejrzy też, co się pisze w prasowych nagłówkach albo na transparentach – zwłaszcza tych wykonywanych na potrzeby wystąpień publicznych w minionych miesiącach. Rusinek obserwuje zjawiska językowe tak jak badacz przygląda się niecodziennym eksponatom muzealnym ze znajomej mu branży. Nie jest tak, że nie nadąża za zmianami, choć bywa wobec nich zagubiony. Pokazuje ewolucję poprzez błędy i błądzenie w toku ewolucji – wtedy, kiedy naprawdę potrzebny jest jakiś nowy zasób słów, by określić skomplikowane i nowe zjawiska, które pojawiły się nagle i domagają się nazwania.

Językowa ewolucja polega też na tym, że poszukuje się nowych rozwiązań tam, gdzie język staje się bezradny. Michał Rusinek wie, że z polszczyzny może być jednak dumny. Podkreśla, że o tej dumie zapominają ci, którzy nawołują do specyficznej jedności narodowej, deformując biedne głoski nosowe czy błędnie odmieniając wyrazy. W porównaniu z językiem węgierskim nasz zestaw przypadków powinien być przecież igraszką, której opanowanie nie sprawi żadnego problemu. Problemy jednak są. Na ile nieświadomie popełniamy błędy, a na ile pewni siebie celowo deformujemy język głównie po to, by było zabawnie?

„Pypcie na języku” to lektura dla każdego, kto na co dzień bywa oszołomiony, rozbawiony lub rozdrażniony, obserwując polską rzeczywistość i słuchając tego, jak się ją opowiada i zapisuje. Michał Rusinek z lekkością i poczuciem humoru odnajduje się pośród językowych odstępstw, wyjątkowości, kalekich form i zgubnych zdań. Lapidarna forma umożliwia mu jedynie sygnalizowanie. Komunikuje się z nami jednak językiem, którego intencje i czytelność nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Bardzo przyjemna i użyteczna lektura, a jednocześnie dowód na to, ile radości daje Michałowi Rusinkowi codzienne obcowanie z różnorodnymi formami polszczyzny.

2017-06-01

„Ruiny i zgliszcza” Wells Tower

Wydawca: Karakter

Data wydania: 11 maja 2017

Liczba stron: 280

Przekład: Michał Kłobukowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ludzie w drodze

Wpada się w te opowiadania. Absolutnie, bezgranicznie. Doskonała robota Michała Kłobukowskiego, który po ekwilibrystyce słownej „10 grudnia” Saundersa miał chyba przede wszystkim przyjemność estetyczną, tłumacząc dziewięć tekstów składających się na „Ruiny i zgliszcza”. Kompozycja tego zbioru jest rewelacyjna. Od potężnego tąpnięcia, przy którym zapadamy się wraz z bohaterem „Brunatnego brzegu”, po narracyjną niespodziankę tytułową, czyli opowiadanie zamykające zbiór – takie, którego już byśmy się w nim nie spodziewali. Wells Tower robi Zadie Smith niezłą konkurencję za oceanem, ale przede wszystkim tak sugestywnie opowiada świat, że nie sposób „Ruin i zgliszcz” zapomnieć jako spójnej całości. Dziewięć narracji o próbach wydobywania się z różnego rodzaju wyobcowań, o bezsilności i ogromnej sile, o walce z zagubieniem pośród trosk, dla których nie ma wykładni, jest tylko jeden mianownik – obezwładniająca moc. Tower opowiada o tym, że któregoś poranka możemy się obudzić, leżąc twarzą w dół albo widząc na swoim łóżku nieżywe pisklę. To są momenty wyjścia w taką rzeczywistość, w której każdy, najdrobniejszy nawet element ma swój wyraźny kontur. Tower opowiada też o tym, jak walczą ze sobą ludzka złość i przytłaczający chaos. Wydobywa z jednego i drugiego to, co charakterystyczne. Złość portretuje w wielu odcieniach, a chaosowi pozwala się pastwić nad bohaterami. Są pochyleni, znękani, rozczarowani i smutni, ale wszyscy z krwi i kości. Ze słów oraz zdań uwierających, a jednocześnie pełnych empatii i specyficznej formy czułości.

Na początku wydaje się, że to męska perspektywa oglądu rzeczywistości będzie rządzić w tym fascynującym zbiorze opowiadań. Nic bardziej mylnego. Dla autora równie ważne jest to, w jaki sposób świat widzi zagubiona osiemnastolatka czy pryszczaty jedenastolatek odgrywający teatr, by powalczyć o odrobinę zainteresowania ze strony dorosłych. Widzimy też, jak sprawnie fabularnie może funkcjonować w opowiadaniu zlepek przypadkowości oraz sądów o czymś, czego nie rozumiemy, ale oceniamy. Myślę o „Drzwiach w twoim oku”, sugestywnej narracji o konsekwencjach niezdrowego voyeuryzmu pewnego niepełnosprawnego samotnika skazanego na opiekującą się nim córkę. Uważam, że to jeden z ważnych tekstów obrazujących, czym jest przez chwilę odzyskana wolność. W pozostałych bohaterowie Towera borykają się z poczuciem zamknięcia w mrocznym czasie przeszłym, toksycznych relacjach sprzed lat. Odzyskanie wolności, samostanowienie – to wydaje się niemożliwe. Tym ludziom współczujemy szczególnie, bo pozostajemy bezradni razem z nimi. Nawet wtedy, gdy obserwujemy pewne heroiczne próby wydobycia się ze stagnacji albo opresji. Wtedy, gdy jeden z braci jest w stanie zaryzykować życie i zdrowie, by zrobić coś w wyraźnej kontrze do tego, który przez całe lata wtłaczał toksyczny jad w relacje silne siłą wzajemnych idiosynkrazji.

Ważne są w tych tekstach tak zwane osoby trzecie. Obserwatorzy albo zaskakujący czytelnika uczestnicy zdarzeń. Tych zdarzeń, które nabierają innego znaczenia w momencie, w którym przygląda się im ktoś obcy. Gdy zabiera głos. Gestem lub słowem przełamuje impas. Bohaterowie Towera znajdują się w impasie z bardzo różnych powodów. Bob z „Brunatnego brzegu” ponosi konsekwencje nagłego odejścia ojca, po którym rozsypało mu się życie, a sam czuje się jak toksyczna strzykwa pośród pływających radośnie wokół niej ryb. Ed z opowiadania „Ciemną doliną” doświadczył rozpadu związku i pod wpływem dziwnego zbiegu okoliczności musi skonfrontować się z tym, który za ten rozpad odpowiada. Burt z „Zawiadowców doniosłych energii” mierzy się z utratą pamięci ojca. Tego ojca, który uważa, że syn „nie odznaczył się” na jego horyzoncie i nie wykazał tak wielką walecznością jak on na sali sądowej, kiedy jeszcze mógł rozumieć, po co i dla kogo na niej jest. Blokady emocjonalne, lęk przed pójściem naprzód. Ludzie, którzy wyrządzili wiele zła tym, co teraz stoją bezradnie w miejscu i nie mogą pozbyć się uciążliwego odium. Tak, Tower portretuje postacie tragiczne siłą bardzo kameralnego tragizmu. Ludzi, którzy wydobyli się z innych osób, ale pozostawili w nich cząstkę siebie. Ludzi niepełnych. Niegotowych na samodzielne, odpowiedzialne i spełnione życie.

Tragikomiczne dialogi, różnorodne formy ironizowania. Styl łączący w sobie poetyckie piękno i czułość do detali z bezkompromisowością oddawania tego, jak złożone potrafi być życie. Bardzo ciekawie wypada to w ujęciu panoramicznym, w opowiadaniu „Na pokaz” toczącym się w wesołym miasteczku. Tam zderzają się ze sobą różni ludzie, różne oczekiwania, zaskakujące siebie biografie. Bardziej kameralnie jest wówczas, kiedy Tower decyduje się na króciutką narrację – jak „Lampart”, wyjątkowo wieloznaczne studium wyobcowania z perspektywy dziecka odbierającego rzeczywistość intensywniej, z większą goryczą. Ruiny i zgliszcza” to dziewięć opowieści o ludziach w drodze, którzy z różnych niezrozumiałych dla nich powodów musieli zatrzymać się i utknęli w pewnym bezruchu. Boją się, ale też chcieliby być ciekawi tego, co nastąpi. Autor świetnie konstruuje otwarte zakończenia i doskonale stopniuje napięcie tuż przed tym, gdy pożegnamy się z tymi zwyczajnymi ludźmi tak mocno zapadającymi w pamięć. Jest też widoczny pewien autorski dystans, bo Tower nie zamierza ocierać łez albo potu z czoła któregokolwiek z bohaterów. Oni są rozpaczliwie samotni w swych dylematach i jednocześnie tak bardzo uniwersalni, że amerykański adres tych narracji chwilami się zaciera, choć jest jednak ponownie podkreślany.

Wells Tower opowiada o poczuciu tymczasowości życia i o tym, co dzieje się z człowiekiem wyrzuconym poza bezpieczne ramy. Nagle treść życia wydaje się niezrozumiała i bardzo trudno jest w pojedynkę osiągnąć to, co zdobywało się w relacjach z innymi. Nawet w tych najbardziej toksycznych. Osobność staje się nie do zniesienia, ale to właśnie w samotności bohaterowie Towera muszą zmierzyć się z tym, czego nigdy nie wymagało od nich życie z kimś u boku albo w zależności od kogoś. Frapująca proza o tym, kim stajemy się bez kontekstu narzuconego przez innych. Sugestywny styl pozwalający czytającemu na to, by z tego świata wydostawać się z trudnością. Wszyscy tkwimy gdzieś tam w środku, ale wygodniej jest, czytając, uznawać, że to jednak fikcja literacka.


PATRONAT MEDIALNY

2017-05-30

„Przemytnicy” Konrad Janczura

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 2 czerwca 2017

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Podkarpackie opowieści

Polacy zdają się unikać odpowiedzi „stara bida” na pytanie o to, co u nich słychać. Przynajmniej tak może się wydawać. W świecie przedstawionym debiutanckiej powieści Konrada Janczury ta „bida” jest nie tylko stara, ale też wrodzona, immanentnie zła. Nie chodzi o to, że bohaterowie nie mają na chleb. Zamiast niego wolą sobie kupić wódkę i szlugi. W miejscu, do którego zabiera nas Janczura, „bida” jest stanem permanentnej bylejakości. „Na wiosce”, gdzie mieszkają bohaterowie książki, od zawsze tkwi się w specyficznej tymczasowości czegoś, co na stałe jest zepsute, pospolite, marginalne i duszne. Przemytnicy” to taki mroczny rewers do twórczości Andrzeja Muszyńskiego i taka fraza, którą być może posługiwałby się Mirosław Nahacz, gdyby żył. Konrad Janczura zjadł zęby na współczesnych powieściach, nie mógł więc napisać własnej, która byłaby kiepska. Nie jest. To dobra książka, ale z gatunku tych niewygodnych. Tych, które dobrze jest rozpoznawać i mniej więcej wiedzieć, o czym są, ale jednocześnie trzymać do nich dystans. Autor opowiada o świecie, od którego wielu odwraca oczy. I ucieka, bo Podkarpacie sennych i przygnębiających nizin nie jest miejscem, gdzie życie mogłoby się toczyć przyzwoitym rytmem. „Na wiosce” pozostali ci, którzy z różnych powodów ugrzęźli. Nie starczyło im odwagi i determinacji, by wyrwać się w świat. Zastygli w pewnym paskudnym kształcie, z paskudnymi ludźmi dookoła – niby życzliwymi, ale nieżyczliwie nastawiającymi ucha. W miejscu, w którym czas płynie inaczej, a jego upływ jedynie wzmacnia wyobcowanie. Janczura zabierze nas do rzeczywistości, którą można tylko zapić. Pobić się, gdy podniesie się poziom testosteronu. Iść na potańcówkę, obejrzeć jakiś film, posiedzieć przed domem, pogapić się w niebyt. Ani to książka przyjemna, ani wygodna. Po co ją polecać? Bo „Przemytnicy” to świetna opowieść o ludzkim zapętleniu. O niemożności wydobycia się poza ramy ustalone przez społeczność, przez własną niedoskonałość, bezradność wobec marzeń i planów, których nie warto nawet konkretyzować, bo tak jest beznadziejnie. Janczura pisze o ludziach, którzy wciąż w tym kraju żyją, jest ich całe mnóstwo, nikt się nad nimi nie pochyla, nikt też nie lubi ich słuchać.

„Przemytnicy” to nie tylko efekt podglądania i słuchania tego, co stanowi o lokalnym patriotyzmie autora i do czego może mieć on bardzo ambiwalentny stosunek. Czytając książkę, odnosi się wrażenie, że to jednak czułość połączona ze zrozumieniem. Wchodzenie w rejony doskonale sobie znane, a jednocześnie takie, które koniecznie trzeba stygmatyzować. Pokazując także, że stygmatyzowani nie mają wyboru. Tak jak nie mają go Zola i Fery, przyjaciele z wioski, którym wydaje się, iż niejedno przed nimi. Trzeba tylko chcieć. Nie jeździć ciągle za tę wschodnią granicę na zlecenie lokalnego bonza o kartoflanej twarzy, tylko podjąć męskie decyzje, zaopiekować się sobą i zdecydować, co można zmienić, a co zmienić trzeba. Zola ma dwadzieścia jeden lat i poza rodzinnymi okolicami oraz Ukrainą, skąd przywozi lokalsom tanie dobra spożywcze, nie widział niczego. Może poza szorstką matką, która ma czelność zrywać z wyra dwie godziny przed południem i dla której Zola jest, jaki jest, nie trzeba od niego niczego wymagać, do niczego go nie zobowiązywać. Ot, domowe obowiązki i niech sobie jeździ do szoszonów – bo tak pogardliwie nazywani są przez bohaterów książki Ukraińcy. Fery jest nieco starszy i ma chyba gorzej. Balast w postaci ojca pijaka, jedynej bliskiej mu osoby. Nieszczęśliwa miłość, z której nie może się otrząsnąć. Poczucie, że zmarnował swój potencjał i nie ma pojęcia, w jaki sposób go odbudować. Zola i Fery mocno się przyjaźnią. Chłopackie relacje zamieniły się z czasem w silną męską więź. Wspierają się w niedoli, jeżdżąc na Ukrainę, realizując te wszystkie smutne zlecenia i zapijając w międzyczasie poczucie bezużyteczności.

Janczura pokazuje w swojej książce nie tylko smutek Lubaczowa, w którym można co najwyżej zjeść dobrą zapiekankę koło poczty. Ujmująco portretuje zatrzymanie czasu „na wiosce”. Bo nawet ten powieściowy lipiec dłuży się i jest byle jaki. Wszystko staje się byle jakie, bez konturów, bez szans na zmianę. O ile Zola łapie wiatr w żagle i przydarza mu się coś, co pozwoli spojrzeć w przyszłość optymistycznie, o tyle Fery pogrąża się wraz z ojcem w pijackiej rozpaczy. Obaj chcą zmienić coś w swoim życiu. Bo przemytnicy – jak to mówią „na wiosce” – nie są ludźmi bez celu i bez ambicji. Przyjaciele usiłują sobie postawić jakieś cele na przyszłość. Przecież przyszłość musi nieść w sobie coś dobrego, skoro przeszłość tonąca w polsko-ukraińskich animozjach jest złem, a teraźniejszość to ta cała Unia, która tyle narobiła, że wygnała ludzi z prowincji, a pozostałym dała do zrozumienia, że się nie nadają. Konrad Janczura nie pozwala bohaterom na zbyt wiele – nie mogą marzyć i planować czegoś, co się wydarzy, bo zapętlili się w orbicie wpływów narzuconych przez pracodawcę bez umowy. Zola i Fery są więźniami – nie tylko samych siebie. Do czego doprowadzi ich niemoc wynikająca z tego, że nie są w stanie wyjść poza lokalne uwarunkowania?

Janczura nie tyle zadaje pytanie o to, gdzie jest prawdziwe życie i dokąd pouciekali prawie wszyscy mieszkańcy podkarpackich wiosek, ile stara się oddać dynamizm gorzkiego życia tu i teraz. Zwrócić uwagę na tych, którzy zostali, na ich wybory i decyzje, a także na to, ile w tym wszystkim jest autonomii. „Przemytnicy” to gorzka proza. Obrazuje świat, w którym zaczyna brakować logiki, sensu, porządku i jakichkolwiek perspektyw. Janczura pisze o tymczasowości tych, dla których życie nigdy nie mogło nabrać znaczenia czegoś stałego i pewnego. Niwelując własne kompleksy, pogardliwie wyrażają się o Ukraińcach. Bo przecież nie mogą być na krańcu pustki tego świata, nie mogą uwierzyć w swoją beznadziejność, ktoś musi mieć gorzej, ktoś na pewno żyje w jeszcze większym bajzlu i przygnębieniu. Konrad Janczura portretuje specyfikę męskiej przyjaźni i ukazuje swych młodych mężczyzn w sytuacjach granicznych. Dopadają ich przemyślenia, które windują albo pogrążają. Rozpada się specyficzna więź. Jedyne, co wydaje się pewne „na wiosce”. Pośród tej potwornej przewidywalności, szarości i pustki. Janczura nie tylko portretuje pustkę. Ukazuje najmroczniejsze z jej oblicz. Dlatego „Przemytnicy” przykuwają uwagę, choć można odnieść wrażenie, że to kolejna chłopięca narracja stylizowana na bardzo męską, z nadmiarem wulgaryzmów i przerysowanych scen z pokaleczoną składnią. Czyta się Janczurę z przygnębieniem, ale jednocześnie uważnie. Chce się zrozumieć, czy naprawdę nie można ujrzeć niczego innego niż horyzont własnej wioski. Do gruntownego przemyślenia – zwłaszcza gdy uciekło się z takiej dusznej prowincji i teraz można sobie o niej czytać jak o czymś, do czego nie ma powrotu. Janczura jest złowrogi, piekielnie uważny, złośliwie pesymistyczny i empatyczny – mimo pewnej bezradności w opisie czegoś, co nie może być już gorsze niż to, czym się wydaje.