Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-10-20

„Ślady wilka” Roland Schimmelpfennig

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 18 października 2017

Liczba stron: 204

Przekład: Kamil Markiewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,99 zł

Tytuł recenzji: Samotni w Berlinie

Czytając Rolanda Schimmelpfenniga, zastanawiałem się, kto już wcześniej z tak niebywałą wyrazistością opisał ludzkie zatomizowanie i ludzką samotność XXI wieku. Adres był też niemiecki, choć autor zza oceanu. „Ślady wilka” opowiadają w gruncie rzeczy o tym samym, o czym traktowało znakomite „Lotnisko w Monachium” Grega Baxtera. Schimmelpfennig proponuje jednak nieco inną, chyba lepszą, bardziej sugestywną opowieść. Portretuje swoich licznych bohaterów w taki sposób, że nie daje nam dostępu do ich emocji. Widzimy, co robią, co do siebie mówią, jak się zachowują, jak próbują w skomplikowanych relacjach nie tyle się odnaleźć, ile oswoić bezsens własnego samotnego wędrowania. Niemiecki autor nakreśla punkt ciężkości w nieco innym miejscu niż Baxter portretujący członków rodziny zmarłej, której zagadkę śmierci usiłują rozwiązać. W „Śladach wilka” będziemy mieli do czynienia z coraz bardziej zagęszczającą się atmosferą. Atmosferą miasta, bo jednym z bohaterów – kto wie, czy nie najbardziej wyrazistym – jest tu Berlin. Miasto potrafiące wchłonąć każdą tajemnicę, każde cierpienie. Zimna, bezosobowa metropolia, do której docierają zagubieni bohaterowie z prowincji. Stają na drodze tych, którzy usiłują wrosnąć w Berlin, choć nie udało im się znaleźć poczucia zakorzenienia. Wikłają się często w toksyczne relacje, by przetrwać. Nadać własnemu wyobcowaniu jakiś sankcjonujący je sens. Tak, Schimmelpfennig opowiada o poszukiwaczach egzystencjalnego porządku albo o takich ludziach, którzy chcą go za wszelką cenę określić, by zatuszować swój wewnętrzny bezsens. W tle wieloznaczna figura samotnego wilka oraz narzędzia zabijania – karabinu wędrującego z rąk do rąk, dyskretnie kreślącego fatalizm tej książki.

W niesamowity sposób jest to napisane. Schimmelpfennig posługuje się wyliczeniami, powtórzeniami, kładzie nacisk na nieistotne szczegóły, a jednocześnie umiejętnie zagęszcza fabułę, w której obcy sobie ludzie wchodzą w specyficzne zależności. Obcy mogą być ci najbliżsi sobie. Młoda para Polaków w rozpadającej się relacji, a ten rozpad nakreślony jest w szeregu wymownych scen, w których minimalizm nie zezwala na słowa. Polska para przestała już ze sobą rozmawiać. Podobnie jak inna, kiedyś małżeństwo, dziś ludzie obsesyjnie zamknięci we własnych lękach i idiosynkrazjach względem siebie. On i ona, którzy nie potrafią już zjednoczyć się nawet wówczas, gdy poszukują zaginionej córki. Berlin staje się dla nich pułapką, a toksyczne emocje sprzed lat ożywiają. Dlaczego matka zbuntowanej nastolatki rusza w drogę, by ją odszukać, skoro dziewczyna uciekła od domowej przemocy i matczynych kompleksów zamieniających jej życie w piekło? To jedno z kilkunastu ważnych pytań, które postawimy sobie w trakcie lektury. Pytają o siebie samych także zagubieni w sobie ludzie, których wyobcowanie podkreśla nie tylko emocjonalny, ale także atmosferyczny chłód zimowego Berlina.

Pierwszy raz od wieków samotny wilk przekracza granicę polsko-niemiecką i podąża naprzód, zostawiając za sobą krwawe ślady swoich ofiar. Wilk jest metaforą ludzkiego lęku, ale także uosobieniem takiego rodzaju wyobcowania, którego nie sposób przełamać. Wilk to sensacja, temat rozmów, dzikie zwierzę zmierzające do miasta, porusza wyobraźnię i nasuwa wiele mrocznych fantazji. Wilk to metafora zła, ale jednocześnie bytu na wskroś samotnego. Chce na niego zapolować berliński sklepikarz. Chce o nim napisać dziennikarka dyletantka, dla której temat jest jedynie dowodem na zagubienie w tym, co robi. Wilcza groza przenosi się w sferę dyskretnie opisywanych relacji. Wiemy dużo mniej, niż się domyślamy. Jesteśmy świadkami ucieczek i powrotów. Rozpaczliwego poszukiwania i rozczarowujących momentów odnalezienia się. Coś szwankuje w tym chłodnym świecie wokół, skoro ludzie nie umieją w nim określić swoich potrzeb i ich zaspokoić, będąc obok siebie. Bo to toksyczne bliskości – z jednej strony oczekiwane, z drugiej druzgoczące i uświadamiające ogrom podległości w tych relacjach. Nikt nie jest gotów stanowić o sobie. Każdy chce się wesprzeć na kimś, ale nie odnajduje silnego ramienia, lecz kolejną formę pustki.

Tak, „Ślady wilka” to powieść absolutnie przygnębiająca. Jednocześnie też doskonale czuła na niuanse i ukazująca ludzkie formy zagubienia z niesamowitą dozą empatii. Roland Schimmelpfennig stawia na jałowe dialogi, nazbyt precyzyjne opisy miejsc, na porządkowanie kontekstów zdarzeń… i zacieranie ich prawdziwej wymowy. Młodzi Polacy oddalają się i zbliżają. Zmagający się z alkoholizmem ojciec rozpaczliwie szuka syna, bezradny wobec swojej abstynencji i zdeterminowany, by osiągnąć cel. Wspomniany sklepikarz i jego żona borykający się z samotnością nakreśloną przez brak potomka. W końcu młodzi uciekinierzy, którzy są poszukiwani przez rodziców niemogących im zaoferować niczego poza troską o powrót. Co poza tym? Topograficzna dokładność w portretowaniu tych rejonów Berlina, które mogą wchłonąć w siebie nienazwane smutki oraz ludzkie przypadłości i skłonności ku temu, by nawzajem siebie krzywdzić. I wciąż od siebie uciekać jak tytułowy wilk – obiekt niezdrowej fascynacji, pojawiający się znikąd i budzący trwogę.

Czyta się Schimmelpfenniga z nieustającym niepokojem i zdumieniem tym, jak precyzyjnie wtłoczyliśmy się w opresyjne klatki, poza które nie wychodzi nasze schematyczne myślenie o świecie i własnej w nim roli. Poznajemy ludzi, którzy przemierzają pewną przestrzeń, ale dość dawno zatrzymali się na drodze rozumienia, co naprawdę ich trapi. Formy opresji opisywane przez niemieckiego dramaturga – to jego powieściowy debiut i warto zwrócić uwagę na teatralizację kilku scen – przybierają formy dyskretnie sugerowanych dramatów, które miały swój początek w przeszłości, a teraz są jedynie konsekwencjami zaniedbań tudzież pustki wywołanej tym, że w danym czasie nie potrafiło się werbalizować sfery przeżyć. Jak wspomniałem, jesteśmy bez dostępu do tego, co przeżywają bohaterowie, i to największa wartość tej narracji. Ożywionej tylko dzięki wnikliwej lekturze. Schimmelpfennig sygnalizuje, niczego nie ułatwia. Opowiada o trudnym do zniesienia świecie, który sami sobie stworzyliśmy trudnymi do zniesienia relacjami. I jest samotność jako ten prosty wybieg. Pójście na łatwiznę, zamknięcie się w sobie. Dlatego rozmowy są bardzo zasadnicze i lakoniczne. Dlatego opis świata jest tak bardzo precyzyjny. Poza nim, wewnątrz portretowanych ludzi, rozgrywa się chaotyczny dramat podążania za oczekiwaniami, których nie spełni ani świat, ani druga osoba tuż obok. Czasem gwarantująca stabilność, czasem rozsadzająca ramy bezpiecznego świata. Nikt nie jest bezpieczny. Każdy też boi się wilka. Zła i niepewności, ale także tej formy bezradności, która nie pozwala się zbliżyć. Do drugiego człowieka i samego siebie.

„Ślady wilka” to powieść o ludziach mierzących się z pewnymi granicznymi dla nich doświadczeniami. Pięćdziesięciolatka pali kartki z pamiętnika zmarłej matki. Nastolatek nie broni swą piersią uciekającej z nim dziewczyny, gdy ta doznaje przemocy seksualnej. Obcy sobie ludzie nie znajdą nici porozumienia, stając wspólnie przed dramatem utraty córki, która wybrała namiastkę wolności. To książka o definiowanej wciąż na nowo bierności wobec zdarzeń, które czynią życie toksycznym. To też przejmująca rzecz o próbach walki o zmianę. O tym, że nie każdy z nas jest w stanie cokolwiek zmienić, ale każdy rozpaczliwie ucieka przed traumą trudnej relacji z drugim człowiekiem. Schimmelpfennig tworzy rozpisaną na wiele ról psychodramę. Jesteśmy jej obserwatorami. Powieść naprawdę ożyje, gdy zaczniemy uzupełniać braki – tony emocjonalne i niuanse wyobcowania. Bardzo wyrazista i przykuwająca uwagę książka.


PATRONAT MEDIALNY

2017-10-17

„W ciemność” Anna Bolavá

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 4 października 2017

Liczba stron: 300

Przekład: Agata Wróbel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Studium rozpadu

Anna Bolavá początkowo irytuje, jeśli zacznie się czytać jej powieść z niedostateczną dozą uwagi. Dlaczego bohaterka zamiast zarabiać godziwe pieniądze na tłumaczeniach, rwie, suszy i wozi do prowadzonego przez oszustów punktu skupu rozmaite zioła i rośliny, by dostawać za to jakieś marne korony? Ano właśnie tutaj skryte jest zasadnicze przesłanie tej hipnotyzującej książki. Chodzi o pewne kompulsywne działania, które mają odsuwać coraz mocniej i coraz dalej od doznań związanych z całą opresyjną rzeczywistością. Tą, w której bohaterka książki zagubiła się już lata temu i wcale nie chce się odnaleźć. Usiłuje żyć do wewnątrz, lecz wciąż widzimy, że jej autodestrukcja postępuje na równi z wycofaniem. Anna Bolavá opowiada o klaustrofobii ludzkiej jaźni. O kobiecie napiętnowanej przez lokalną społeczność za to, że nie wpasowała się w jej oczywiste ramy. To studium wyobcowania i jest to tak napisane, że naprawdę włosy jeżą się na głowie, bo poziom niepokoju, dwuznaczności i licznych pytań otwartych przyprawia o bezdech. Tak, „W ciemność” absorbuje całkowicie. Zostanie doskonale odebrana przez czytelników o introwertycznym usposobieniu, ale będzie przede wszystkim powieścią zagadek. Niejasności pełnych grozy i śladów naprowadzających na prawdę. O tożsamości samotnej zielarki i o jej ciele, które ulega stopniowemu zniszczeniu. Myślę, że to narracja dla tych wszystkich nadwrażliwców, dla których czasami oddychanie bywa problemem. Ale nie tylko dla nich. Bolavá po mistrzowsku niuansuje lęki egzystencjalne – nie określając ich źródeł, ale nazywając konsekwencje. W botanicznej i symbolicznej nomenklaturze, w której kryje się niewyrażony dramat i pociąg do destrukcji. Chwilami jest przerażająco, chwilami bardzo boleśnie. Rozkwitające wokół lato kontrastuje z wewnętrznym umieraniem bohaterki. Jaka jest jej przeszłość? Co rozluźniło i zniszczyło jej więzi z bliskimi? Kim jest Anna – miejscowa zielarka wariatka? Kim chce być i dlaczego ucieka?

W powieści Anny Bolavej nic nie jest oczywiste poza przywiązaniem emocjonalnym bohaterki do roślin i poza czułością dla ziół. One są treścią jej życia, jednocześnie czymś na kształt zagadki i formy kojenia przed lękiem egzystencjalnym. W tym zaskakującym otoczeniu kobieta zaczyna tracić kontakt z samą sobą. Stara się żyć z daleka od ludzi, a jeżeli wchodzi z nimi w relacje, to tylko w te najpotrzebniejsze. Kiedyś było inaczej. Zagadką „kiedyś” są wszyscy ludzie, którzy od niej odeszli, i dramatyczna sugestia niespełnienia się w macierzyństwie. Kiedy Anna odwiedza teścia w domu starców, czujemy intensywność tej konfrontacji i potem nie mamy pojęcia, co naprawdę się wydarzyło. Tymczasem bohaterka wspomina różne groźne lub traumatyczne zdarzenia z przeszłości. Pies, który pogryzł chłopca. Wąż w bucie. Śmierć babci, po której jakikolwiek porządek się rozpadł. Był mężczyzna u jej boku, była rodzina, Anna stanowiła część pewnej społeczności. Dzisiaj jest rozpaczliwie samotna ze swoją miłością do ziół. Ale to nie jest cała historia. Podobno sąsiedzi słyszą jakieś niepokojące szelesty w jej domu. Widują ją w sytuacjach, których potem nie pamięta. Słyszą jej krzyk, potężny i przerażający. Zbliżają się z ograniczonym zaufaniem albo pełni niechęci. Niewiele z tego, o czym opowiada narratorka, ściśle łączy się z wydarzeniami świata wokół. Coraz więcej zagadek. Coraz trudniej rozszyfrować, co jest faktem, a co konfabulacją. Wchodzimy w tytułową ciemność. Tam, gdzie Anna czuje się najlepiej. Wiedząc, że niczego już nie zmieni w swoim życiu.

Zmienia się za to jej ciało. Szereg objawów psychosomatycznych to dyskretny komentarz do zwodniczej narracji pierwszoosobowej. Zaczyna się od rany na ręce. Ran jest dużo więcej i nie tylko ciało niszczeje na naszych oczach. Pięknie może być wówczas, gdy weźmie się odpowiednią dawkę tramalu. Połykane tabletki mają zastępować posiłki. Zbieranie, gromadzenie i suszenie ziół – normalną pracę. Na taką są szanse i możliwości, ale bohaterka świadomie zrywa te cienkie nici, które jeszcze łączą ją z rzeczywistością. Anna Bolavá portretuje kobiecy obłęd na kilka sposobów. Przemawiając do nas jako zielarka, pacjentka, samotna kobieta, odrzucona żona – a może żona, która odrzuciła? Widać wyraźnie, że porządkowanie zdarzeń i drobiazgowe opisy każdego kolejnego dnia są skontrastowane z chaosem, który wdziera się wszędzie. Wraz z niepokojem także w emocje czytelnika. „W ciemność” jest powieścią usypiającą czujność i gmatwającą odczytanie w szeregu niejasności. W którymś momencie świat przedstawiony zaczyna być pewną iluzją, urojeniem. Trudno potem oddzielić, co dzieje się faktycznie, a co stwarza umysł bohaterki. Tym bardziej że jest coraz duszniej, coraz trudniej być blisko kobiety, coraz bardziej niemożliwe jest zrozumienie, kim się staje. Bo to, że jesteśmy świadkami jakiegoś mrocznego procesu, jest zasygnalizowane już od samego początku.

Chce być sama i przestać walczyć. Jej ciało się nie poddaje, dusza wyraźnie chce dystansu wobec wszystkiego. A jednak coraz bardziej intensywnie Anna opowiada nam siebie, pozwala się do siebie zbliżyć. To relacja szantażu i oszustwa, ale dopełnia się tym mistrzowska koncepcja tej książki, z której wydobyć możemy przede wszystkim to, co nienazwane. Określenia, botaniczne nazwy i trywialne opisy czerwcowych dni mają prawdopodobnie mylić. Ale to być może moje osobiste odczytanie. „W ciemność” przejmuje na tyle mocno, że każe wątpić i współczuć jednocześnie. Podążać za kimś, kto już dawno utracił życiowy azymut i czyje ciało wyraźnie sygnalizuje, że zbliża się jakiś koniec, coś bardzo złego. Co złego wydarzyło się wcześniej? Anna Bolavá traktuje przeszłość trochę jak teatralny rekwizyt, który ma robić wrażenie, ale nie ma większego znaczenia w tym udręczonym i pogmatwanym „teraz”. Pośród ziół, nieprzychylnych ludzi, objawów choroby i pośród słów będących świadectwem sugestywnej formy unicestwienia. Myślę, że czeska autorka celowo prowokuje do pytań, bo w każdym bliższym kontakcie z kimś innym i obcym stawiamy sobie właśnie pytania, nigdy nie udzielamy odpowiedzi, ferując wyroki i tonąc w stereotypach. Czy ta powieść to oryginalna diagnoza jakiegoś schorzenia psychicznego? A może gorzka opowieść o tym, że niedopasowanie jest cechą immanentną człowieka, tylko nie każdy jest gotów wziąć na siebie wszelkie konsekwencje swego niedopasowania? Ta proza wprowadza w specyficzny rodzaj niepokoju, w którym pozostaje się długo po lekturze. Portretuje wyobcowanie, tendencje ucieczkowe, ale przede wszystkim ukryte formy czułości i agresji jednocześnie. Jest nad czym myśleć.


PATRONAT MEDIALNY

2017-10-15

„Dżender domowy i inne historie” Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Wydawca: Noir sur Blanc

Data wydania: 14 września 2017

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Sprawy nasze śmieszne i smutne

Hubert Klimko-Dobrzaniecki zafundował mi bardzo przyjemny wieczór czytelniczy. I tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że to nie jest jego najlepsza książka i że te najlepsze ma już prawdopodobnie za sobą. Nie o to chodzi, by wskazywać pewną wtórność tego zbioru ośmiu opowiadań – zważywszy, że po raz kolejny autor będzie rozciągał swoje frazy między tym, co śmiertelnie poważne, a tym, co zdecydowanie śmieszne. To robi właściwie w całej swojej twórczości, obserwując ludzkie relacje i wydobywając z nich te istotne szczegóły, z których można stworzyć prozę. Bo Klimko-Dobrzaniecki umie ją tworzyć, stworzy wszystko nawet na poczekaniu. Nie sprawi mu to problemu i wie, że ma się czym chwalić, w związku z tym napinanie się przy lekturze nowych tekstów i utyskiwanie, że wszystko to już było, jednak trochę mija się z celem.

Celem jest zwyczajna czytelnicza frajda. Przekonanie, że „Dżender domowy i inne historie” może trochę wstrząsnąć, nieco oburzyć. Feministki znajdą teksty, w których będą wytykać autorowi szowinistyczną degrengoladę. Maczo spojrzą na ten zbiorek podejrzliwie, bo Klimko coś za często o tych homoseksualistach, w każdym tekście prawie i z udawanym oburzeniem. Mężczyźni znający swą patriarchalną potęgę żachną się na przykład przy tytułowym opowiadaniu – bo jak to możliwe, żeby kobieta dominowała, spacyfikowała, biła faceta i narzucała mu zadania do wykonania? Wielbiciele „Dnia świra” rozkochają się w pierwszym, obszernym opowiadaniu, właściwie w zaczynie dobrej powieści, której autorowi może nie chciało się napisać. Zwolennicy lapidarnej formy będą zachwyceni, czytając słodko-gorzkie „Er”. Wszyscy postawią sobie pytanie o celowość tych narracji i to będzie najciekawsze, bo nie ma tu żadnej jasnej odpowiedzi, czasami nawet czytelnej sugestii. Są jednak, mamy je przed oczyma. Te osiem tekstów to w dużym stopniu ironiczny komentarz do tego, co się dzisiaj dzieje ze światem i ludźmi, ale także wnikliwa analiza relacji podporządkowanych pewnym wzorcom i tonącym, gdy rozmywają się te wzorcowe fundamenty, nagle ma być inaczej, niespodziewanie dziwnie i zaskakująco odmiennie.

„Podstypie” to absolutnie tekst, który jest fundamentem oraz początkiem i końcem tej książki. Pozostałe teksty bledną przy nim, zdają się napisane na kolanie, gdzieś w wolnej chwili, która trwała krótko. „Alibi” czy „Po sezonie” poza kilkoma uśmiechami nie wniosą w nasze życie nic. Za to „Podstypie” to potęga! Mizogin z tendencjami ucieczkowymi, który wokół urny matki gromadzi wszystkie trzy swoje kobiety. Ta czwarta nie ma już nic do powiedzenia. Klimko-Dobrzaniecki rozprawi się z szeregiem łzawych albo nadmiernie dramatyzowanych powieści o tych matczynych odejściach, najważniejszych i najboleśniejszych. Tu śmierć jest nie tyle groteskowa, ile zmieniająca punkt patrzenia na świat. Mężczyzna ejakuluje na urnę z prochami rodzicielki, by nie tylko wyrazić bunt podszyty wcześniej strachem. Seksualność staje się kartą przetargową. Być albo nie być. Okaże się, że poddany wpływom silnych kobiet słabeusz nie zdobędzie się na samobójstwo, bo ubiegnie go ktoś inny. „Podstypie” to kolaż scen rodem z Koterskiego, ale także odważna opowieść o bezradności płciowej, tożsamej z pewnym modelem życia i zapominania o tym, co w tym życiu ma mieć wartość.

Jedność jajników to jedno. Męskie braterstwo gdzieś w przestworzach, gdzie po raz kolejny dokonuje się przemytu dóbr świata dostatniego, to inna sprawa. Mężczyzna w tej książce poddany jest próbom, takim ostatecznym. Po nich kończy się pewien świat i model w nim funkcjonowania – jak w „Murze”, ale także coś innego się zaczyna, gdy doświadczyło się wymiany ról w domu i w łóżku – jak w „Dżenderze domowym”. Na końcu jednak jest mężczyzna, który chce tylko zaszyć się gdzieś po sezonie – w miejscu, które ma spełnić jego prywatne wymagania. Mężczyzna gorzko ironiczny i autoironicznie bliski Klimce-Dobrzanieckiemu.

A może kluczem (sic!) do komunikacji może być jeden zagubiony gdzieś dźwięk? Opowiadanie „Er” sugeruje taką możliwość. Odbierać zatem można te opowiadania jako specyficzne próby kontaktowania się autora ze światem. Klimko-Dobrzaniecki zbiera tu osiem bardzo różnych tekstów i nie ma tej łatwości, która towarzyszyła mu w poprzednich zbiorach opowiadań. „Rzeczy pierwsze” – znakomite! – opowiadały o czymś fundamentalnym. „Pornogarmażerka” koncentrowała się wokół austriackich doświadczeń autora. „Dżender domowy i inne historie” to próba pewnej prowokacji i udowodnienia, że nic w gruncie rzeczy nie musi łączyć opowiadań, jeśli są dobrze napisane i gwarantują pewność frajdy czytania. Śmiechu przez łzy i poprzez zapominanie. Tak, większości z tych tekstów nie będzie się długo pamiętać. Podoba mi się jednak to, że Klimko-Dobrzaniecki inteligentnie punktuje, o czym się dzisiaj mówi i myśli, a potem zamienia to w taki rodzaj prozy, przy którym trudno jest zachować powagę, a bywa nad wyraz poważnie, nawet groźnie. Poza tym nie można przecież przejść obojętnie obok tytułu „Pączuś Piłat od rana ma dobry hummus”, o którym to tekście celowo nie wspominam. Autor doskonale wie, że poza niedosytem tych, którzy oczekują od niego czegoś nowego, znajdzie się również zainteresowanie i uwaga wszystkich rozumiejących, że opowiadanie czasem trudniej jest napisać niż powieść. Tu dochodzi do kompromisu między czymś, co ma być epickie, lecz jest zarysem (jak „Podstypie”), a świadomie stworzoną miniaturą, w której ukryte jest dużo więcej, niż wskazuje na to tych kilkanaście zdań.

Jest w tym zbiorze trochę wulgarności, trochę autorskiej autoironii, nieco mrocznej groteski, ale także wyczulenie na drobiazg w życiu codziennym, który może to życie wprowadzić na nowe, nieprzewidywalne tory. Hubert Klimko-Dobrzaniecki świetnie sobie radzi z krótkimi formami. Pisząc, bawi się. Chyba mniej się irytuje, przerzucając frustracje w rzędy zapisanych linijek. Jakkolwiek podchodzi do pisania krótszych tekstów, tworzy je w taki sposób, że i tak nikt nie może być do końca pewny, co ukrył między zdaniami i czy rzeczywiście tak wiele miało tam być ukryte. Dlatego dziękuję za sympatyczny wieczór przy lekturze. Bez oczekiwań i bez poczucia niedosytu. Dostałem bardzo dobrze napisane opowiadania i chyba samo to powinno cieszyć. A autor sam najlepiej wie, po co i komu to napisał.

2017-10-11

„Stracona” Amy Gentry

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 10 października 2017

Liczba stron: 288

Przekład: Maciejka Mazan

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Porzucenie i przemoc

Teksańska debiutantka Amy Gentry udowadnia, że z wykorzystywanych już wielokrotnie motywów literackich można skroić wiarygodną i nieszablonową historię. Mimo kilku zastrzeżeń co do rozwiązań fabularnych proponowanych przez autorkę „Straconej” zdecydowanie nie będzie stracony czas, który poświęcimy tej książce. Tym bardziej że skonstruowana jest niezwykle dynamicznie i porusza sporo różnorodnych kwestii, w związku z czym znajdzie także szerokie grono odbiorców. Historię Gentry odczytuję przede wszystkim jako fascynującą opowieść o tym, do czego w życiu ludzkim może doprowadzić potrzeba transcendencji. Z tym pragnieniem zderza się w książce racjonalny ogląd świata tych, którzy nie dostrzegają, że córka może potrzebować obecności boga, istoty wyższej, porządkującej działania za nią. Stracona” jest historią o tym, że stwarzamy sobie bogów, bo łatwiej nam wtedy udźwignąć ciężar własnej niedoskonałości. Może to prowadzić jednak do stanu, w którym – w imię ideologii i wiary – ktoś wmówi nam, że jesteśmy kompletnie bezwartościowi. Biblią naszego życia stają się narzucone nakazy, którym nie potrafimy sprostać. A racjonalizm zderza się tu z tym, co wyobrażone i potrzebne wyobraźni, przy wtórze sugestywnych cytatów z Wordstwortha…

Dziesięcioletnia Jane budzi się pewnej nocy i widzi, że jakiś mężczyzna z nożem w dłoni wyprowadza z domu jej starszą siostrę Julie. To jedyna relacja, na której mogą się potem oprzeć służby śledcze. Opis zaczynający stopniowo rujnować domową atmosferę spokoju, bo rodzina Whitakerów po tym wydarzeniu nigdy już nie będzie szczęśliwa. Jane musi wziąć na siebie odium rodziców, którzy – mniej lub bardziej świadomie – mają do niej pretensje o to, że milcząco siedziała w szafie i nie zrobiła nic, by pomóc siostrze. Tylko czy tamtego wieczora Julie potrzebowała pomocy? Być może chodziło o to, by pomóc jej dużo wcześniej, i to przede wszystkim zarzuca sobie jej matka. To matczyna narracja będzie tutaj kluczowa. Obok pierwszoosobowych wspomnień pojawiają się inne historie, w zdystansowanej trzeciej osobie, nakreślające kontekst retrospekcje. Bo co tak naprawdę przydarzyło się Julie?

Gentry kreśli dwie wzbudzające wątpliwości sytuacje. Ta pierwsza być może daje odpowiedź na pytanie o to, co dalej. Czy rzeczywiście oprawca wkroczył do prywatnego domu i bez większego oporu wydobył z niego trzynastolatkę? O ile to będzie potem wyjaśnione, o tyle mało prawdopodobne jest, że rodzice po ośmiu latach nie rozpoznają córki i zaistnieje możliwość, że w ich domu pojawi się ktoś obcy. Bo pewnego dnia w drzwiach, przez które wyszła, staje Julie. Po latach bezowocnych poszukiwań, licznych inicjatyw i traumy utraty stracona córka sama odnajduje drogę do domu. Czy to jednak Julie? Dlaczego wraca? Jakie mroczne tajemnice przyniosła ze sobą?

Amy Gentry prezentuje dość klasyczny schemat rozpadu rodziny po utracie jednego z jej członków. Rozluźniają się relacje nie tylko między małżonkami, którzy na dwa różne sposoby radzą sobie ze zniknięciem Julie. Poszkodowana jest także ta, która ocalała. Jane wrasta w bunt i kwestionuje miłość rodzicielską. Jest tą, która nie zapobiegła tragedii. Matka gotowa jest już tylko na jedno – odnaleźć zwłoki córki i pochować je. Nie spodziewa się tego, z jakimi faktami będzie zmuszona się skonfrontować i do czego będzie zdolna, by ostatecznie pokazać, że gotowa byłaby zrobić wszystko, by odnaleźć córkę żywą.

Fabuła tej powieści koncentruje się wokół elektryzujących opinię publiczną tematów. Zdradzenie choćby jednego zepsuje przyjemność lektury, ale warto podkreślić, że „Stracona” to dość odważna rozprawa z teksańskim przywiązaniem do tradycji oraz wiary. Niekompletna rodzina w pewien sposób zaczyna być stygmatyzowana. Rodzina, w której nie ma boga, chce w sposób kompletny i jak najbardziej racjonalny zbudować stabilny model szczęścia. Nikt jednak nie będzie szczęśliwy i nie jest to tylko wina zaginięcia trzynastolatki. Anna, narratorka powieści, zmaga się z niemocą rodzicielską, ale także osobistą pustką, gdy rozpadają się relacje łączące ją z mężem. Akademicki sznyt to za mało, by osłonić się przed bezbronnością. Anna wpada w takie egzystencjalne mielizny, że trudno jej uwierzyć, iż któregoś dnia wszystko może się odmienić. Naiwnie sądzi, że odnalezioną córkę wystarczy nakarmić i odziać, by przywrócić jej równowagę, a rodzinie harmonię. Rodziny pozornie nie da się już odbudować. Kto jest za to całe zatomizowanie odpowiedzialny? Kim tak naprawdę jest Anna jako matka, co ma sobie do zarzucenia?

„Stracona” to opowieść o bezradności i determinacji jednocześnie. Nakładające się na siebie historie budują spójny obraz kobiety cierpiącej w dwóch różnych postawach wobec cierpienia. Gentry chwilami nadmiernie dramatyzuje i zlepia ze sobą zbyt wiele silnie działających na wyobraźnię zbiegów okoliczności. Momentami zatem powieść traci na wiarygodności, ale i tak rozwiązania finałowe rekompensują pewne niedosyty czytelnicze. Amy Gentry poddaje w wątpliwość przekonanie, że sama rodzicielska miłość jest wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa i poczucia szczęścia dziecka. Anna i Tom latami nie dostrzegają potrzeb własnych córek. Gubią się także sami w sobie, inaczej definiują życiowe priorytety, inaczej też reagują na traumę utraty dziecka. Dobrze zbudowany klaustrofobiczny klimat wzajemnych oskarżeń pośród domysłów i pustki to zasadniczy plus tej powieści. Gentry proponuje opowieść osadzoną w dwóch płaszczyznach czasowych, ale stale na nowo powracającą do przeszłości. To może być ostrzeżenie dla rodziców, którzy nie widzą krytycznego momentu w życiu dziecka, kiedy to odsuwa się ono od nich. To także mroczne memento wobec wszystkich amerykańskich kobiet narażonych na przemoc i krzywdę, z którymi rzadko są w stanie się zmierzyć, okazać sprzeciw, walczyć o własną godność. Stracona” jest interesującym studium zagubionej intelektualistki i oszukanej nastolatki. Obie dopełniają wzajemnie opowieść o utratach, z którymi niczego już nie można zrobić. O żalu i rozczarowaniach, ale także o żarliwej chęci naprawy relacji. Bohaterowie tej książki nie są bowiem przegrani. Gentry opowie o walce, na którą nikt nigdy nie jest gotowy. Nikt bowiem nie czuje się komfortowo w pustce i odrzuceniu. A ta powieść pokazuje, jakie to może mieć groźne konsekwencje.

2017-10-09

„Dojrzałą poznam” Jacek Melchior

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 11 października 2017

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Kocha, nie lubi...

Jacek Melchior po świetnym „Kochanku” wraca do przyglądania się niekonwencjonalnym relacjom. Tym razem opowie o historii specyficznej miłości. Zrodzonej z pożądania, ugruntowanej zachłannością, kalekiej przez swą jednostronność i uczciwej, bo wyznaczającej coraz to nowe granice rozwoju. „Dojrzałą poznam” to tak jak w „Kochanku” kalejdoskop zdarzeń i doznań, którym codzienne życie utrudnia definiowanie i funkcjonowanie, a którym Melchior przygląda się z dużą dozą empatii. Historia opowiada się sama – dzięki autoironicznej frazie, ale także dzięki temu, że autor niuansuje nam znaczenia słów. Te powszechnie znane nie są już wytrychami, lecz zagadkami. Bohaterowie tak komplikują sobie bycie razem, że do nazwania tego, co stanowi przestrzeń porozumienia, będą potrzebne stare słowa z zupełnie nowymi znaczeniami. Melchior dodatkowo puszcza do nas oko, sygnalizując – w scenie, gdy główna bohaterka przegląda biblioteczkę – że literatura, jego opowieść, to może być sekwencja kłamstw i iluzji. Czym zatem jest opowiadana historia kobiety, która własnego syna odrzuciła, a w kochanku jego wieku odnalazła coś, czego zawsze jej brakowało? „Dojrzałą poznam” jest powieścią obyczajową obnażającą wytarte już schematy myślenia o zakochaniu i prezentującą je w taki sposób, by były nad wyraz czytelne. Nie będziemy mieć pewności, co tak naprawdę dzieje się w tej powieści, bo wciąż pozostaniemy gdzieś z dala – kobiety, która nie dopuszcza do głosu swoich prawdziwych emocji i tkwi na co dzień bez kontaktu z samą sobą, oraz mężczyzny, takiego świeżego i w nowych rolach, który romans weźmie jak dobrodziejstwo losu, ale bez zobowiązań, bez napięć i żadnej fali nadmiernego przeżywania, bo te pozostawi kochance.

Danuta Keller pożegnała się z mężem oraz synem. Usiłuje zamknąć przeszłość, rzucając się w emocjonalny nurt przeżywania nowej erotycznej znajomości. Adam decyduje się na serię spotkań sponsorowanych, nie mając pojęcia, ku czemu będą prowadzić. Danuta – pod zmienioną dla kochanka tożsamością – chce przede wszystkim zachować go przy sobie. Takiego, jaki jest, z jego młodością i nieokrzesaniem. Wpija się łapczywie w jego usta i uwiesza na ramieniu. Adam będzie centrum jej życia, centrum wszechświata. Rozpadają się wszelkie gotowe wzorce, wedle których – za radami matki – Danuta zawsze racjonalizowała silniejsze emocje. Tym razem wybuch miłości jest nieokiełznany. Drenuje portfel i świadomość bohaterki. Do momentu, w którym Danuta zrozumie, że wciąż kocha Adama, ale już go nie lubi…

Więzi portretowane w tej książce mogą wydawać się więziami toksycznymi. Dodatkowo widzimy, ile zaangażowania wymaga od dojrzałej kobiety utrzymanie przy sobie specyficznego kochanka. Oboje grają w pozory i czasami próbują na nich postawić fundament czegoś stabilnego. Autor zaznacza: „Prawdziwą więź można budować także na nieprawdzie pod warunkiem, że wzruszenia nie są udawane”. Danuta i Adam to para nieprawdziwa nie tylko dlatego, że dzielą ich wiek, status majątkowy, zainteresowania czy bagaż doświadczeń, a może też jeszcze coś innego. Danuta i Adam to także para najprawdziwsza z możliwych – z każdym aspektem dotykających ich emocji, z intensywnością przeżywania, subtelnością czułości niezdobytej dla innych. Jacek Melchior wprowadza nas do związku, w którym wszystko zbudowane zostało albo w opozycji do czegoś, albo na zasadzie eksperymentowania. Danuta chce udowodnić matce, że miłość to nie wieczna odpowiedzialność, nie uporządkowanie i statyczna relacja. Tymczasem rodzicielka mogłaby widzieć w tym wszystkim coś zupełnie innego, gdyby dane jej było cokolwiek ujrzeć. Doskonała scena seksu oralnego w fotelu, w którym zmarła matka Danuty, to symbol sztubackiego buntu bez wchodzenia w tej rodzaj zależności, w jakim możliwe było kiedyś porozumienie między matką i córką. Adam też wchodzi w romans jako odskocznię od traumatycznych wspomnień z prowincjonalnego miasteczka, skąd uciekł do Warszawy, by wieść najbardziej osobne i samodzielne życie, jakie mógłby sobie wyobrazić. Kochankowie na swych wargach mają gorzkie ślady represji ze strony czasu przeszłego, ale zlizują je, tuszując tym, co nowe. Seks tych dwojga obrazuje pewien stosunek do rzeczywistości. Ich wzajemne relacje muszą być skomplikowane. I wciąż niejasne, prowokujące.

Adam w pewnym momencie pyta Danutę nieśmiało, czy aby oni są już razem. „Dojrzałą poznam” to też powieść usiłująca zdefiniować, co to znaczy być razem. Starająca się pokazać, że to nie są dwie pary pantofli dyndających na nogach przed telewizorem, nie są to serie przewidywalnych zachowań, powtarzające się obowiązki i rozrywki, milczenie i trwanie obok. Fabuła przesycona jest gorącą energią zmian. O ile zupełnie nie mamy dostępu do tego, co myśli o świecie Adam, o tyle zakochana, sfrustrowana, zmęczona i potem rozczarowana Danuta sygnalizuje nam to, co dzieje się w każdym człowieku chcącym wziąć odpowiedzialność za drugiego wbrew jego woli. Ale i tak nie jest postacią, którą poznamy naprawdę. Jaki jest tak naprawdę młody kochanek? Żyjący w poczuciu bycia gorszym z powodu sponsoringu? Ciągle zmuszany przez życie, by ktoś go w różnych sytuacjach ratował? Kto w tym związku niesie w sobie większe krzywdy i niesprawiedliwości zamienione potem na odpowiednie zaburzenia osobowości? Czy sam związek nie jest zawsze pewnego rodzaju zaburzeniem?

Jacek Melchior opowiada o ludziach poszukujących miłości na dwa różne sposoby. Podkreśla też, jak bardzo wyobcowani możemy być obok siebie ze swoimi definicjami tego, czym naprawdę jest miłość. Po raz kolejny autor „Kochanka” ujawnia się jako uważny obserwator wszystkich ludzkich skaz, do których portretowania dobiera pastelowe barwy, by pokazać każdy rodzaj emocjonalnej destrukcji jako budujące doświadczenie, takie w pełni zrozumiałe, całkowicie ludzkie, bez zażenowania czy wstydu przed oglądaniem tego. Tym razem galeria intrygujących postaci jest nieco mniejsza niż w „Kochanku”, ale i tak widzimy to, co w poprzedniej powieści – każdy rodzaj frasunku, niepoukładania, kompleksu i rozczarowania to element życia każdego z nas. Bolesny, lecz uniwersalny.

„Dojrzałą poznam” to w końcu opowieść pytająca o granice zbliżenia się do drugiego człowieka oraz o granice miłosnego podboju – ciała i umysłu. To narracja o specyficznej grze miłosnej, ale przede wszystkim o pięknie ludzkiej niedoskonałości, która wiecznie stwarza jakieś projekcje, wikłając się w uczucie nazywane podręcznikowo „miłością”. Dramaty bohaterów Melchior chce uwiarygodnić, cytując teksty znanych piosenek, bo wszystko, co przeżywane do wewnątrz, zostało też wyśpiewane przez tych, którzy mieli odwagę komentować życie muzycznie. Pośród dźwięków toczy się dramatyczna opowieść o tym, czym jest ludzka tożsamość, jeśli poszukując miłości, nie zaczniemy najpierw kochać samych siebie. Także opowieść o kimś zdecydowanym na wszystko – także na gorycz porażki i świadomość, że miłość własna może mieć kilka zaskakujących znaczeń. Dowcipna, autoironiczna, momentami śmiertelnie poważna i zaskakująca do samego końca powieść o tym, że zdobywanie drugiego człowieka to proces, a zrozumienie siebie – nie każdemu dany wyczyn.


PATRONAT MEDIALNY

2017-10-07

„Przyducha” Maciej Piotr Prus

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 25 września 2017

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość w Krakowie

Ironiczny, melancholijny, czuły dla każdej formy ludzkiej słabości i niebywale zakochany trudną miłością w Krakowie jest Maciej Piotr Prus – autor książki, która na pewno mocniej przejmie wszystkich tych, którzy wydeptali już te wszystkie Miodowe, Starowiślne, Stradomskie czy Place Nowe, idąc prosto lub niekoniecznie, widząc je na trzeźwo i pod wpływem. Ale siła „Przyduchy” polega na tym, że nie tylko lokalny adres jest jej mocną stroną. To bardzo dynamiczna, zaskakująca, ujmująca groteskową grozą na przemian z bezpretensjonalną ckliwością proza o tym, jak ludzie przestają być istotni, jak szarzeją i rozpływają się gdzieś w równie mało istotnej przestrzeni, ale przede wszystkim o tym, jak rozpaczliwie poszukują, chcą wzbić się ponad przeciętność, zaczerpnąć powietrza i powiedzieć, że mają prawo do swoich pięciu minut. W mieście (nie)możliwości i marazmu, które tonie w trujących oparach – także w sensie metaforycznym. W świecie przyszłości, w którym reglamentowane będą papierosy i prezerwatywy, kontrolowany internet, a dwie dzielnice miasta śmiało dziś przemierzane przez zwolenników nocnego clubbingu zamknięte dla płynnego ruchu, co wywoła efekt tragikomiczny i lawinę zaskakujących zdarzeń.

Kraków umiera. Właściwie to umarł już jakiś czas temu, a obecnie przypomina miasto widmo z równie widmowymi ludźmi, dla których nie ma już ani sensu, ani nadziei, ani też możliwości samodzielnego wpływania na kształt własnego życia. Kazimierz jest egzemplifikacją tej martwoty, dzielnica wspaniałej przeszłości i marazmu dnia dzisiejszego. Spełniły się przepowiednie Houellebecqa, Święty Mikołaj staje się terrorystą, kulturalna stolica Polski tonie w oparach smogu i usiłuje zmartwychwstać – bo życie od dawna toczy się gdzie indziej. Prus buduje intrygę kryminalną, która przeradza się w krakowski odpowiednik wizji Orwella, by na koniec wstrząsnąć czytelnikiem przekonanym, że już wszystko wie, sporo rozumie i jest w stanie określić, czym kierują się bohaterowie książki.

„Przyducha” to opowieść o zniekształconej przez przekaz medialny tożsamości. O tym, że nie zostało nam już nic prywatnego i że w każdej chwili możemy spotkać na swojej drodze kogoś, kto będzie przekonany, iż nami steruje. Prus kreuje bardzo specyficznego bohatera, który chce za wszelką cenę być narratorem wszechwiedzącym we własnej historii, ale coraz mniej jest pewien, kto i komu jego perypetie opowiada. Czy rzeczywiście są to jego perypetie? W oblężonym mieście żyją zatomizowani ludzie, którym dano jeszcze przez chwilę namiastkę wolności, ale którzy jednocześnie sami sobie tworzą więzienie, bo po ulicach przechadzają się już dzielni przedstawiciele służby obywatelskiej i macki systemu nie muszą być silne i zwarte; pracują za nie ci, których odpowiednio zindoktrynowano i nakazano im strzec porządku. Żadnego porządku zdaje się nie mieć życie opowiadającego. Mężczyzna od lat boksuje się z rzeczywistością, walcząc z każdym kolejnym dniem o przetrwanie marazmu i borykając się z pewnego rodzaju niemocą. Nie może bowiem wyjść poza to, kim jest i kim się stał. Zaskakujące będzie więc dla niego to, że… inni biorą go za żywą legendę Krakowa. Za kogoś, kogo tak naprawdę nikt nie rozumie, ale wszyscy podziwiają. W świecie, który coraz silniej narzuca wzorce do podziwiania i kwestionowania.

Piękny Pies na Kazimierzu to będzie taka knajpiana enklawa normalności, ale tylko dla tych, którzy nie poddali się jej na tyle, by utożsamiać z uporządkowaniem i powtarzalnością. Bohater książki nie musi wsiadać bladym świtem do tramwaju, meldować się w pracy, wracać po niej zmęczony i brać się za bezproduktywne zbijanie czasu do zaśnięcia. Nie. Lubi pić do rana, nie ponosić za nic odpowiedzialności i zdobywać łatwe pieniądze, ale ma w tym wszystkim tendencję do melancholii, w którą wrósł w Krakowie. Martwe miasto wciąż do siebie przyciąga. Nie tylko ćmy barowe i ludzi mierzących upływ czasu innymi kategoriami. Także tych, którzy niebezpiecznie zbliżają się do tej formy katolicyzmu, w której orężem obrony przez mnogością wrogów stanie się krzyż. W Krakowie przyszłości liczy się bowiem – w całym absurdzie sterowanego życia – tylko to, co porządkuje świat po jakiejś prywatnej apokalipsie. Kraków już ją przeżył. Teraz życie ludzi jest w nim opresyjne, ale największą formą opresji staje się szeroko pojęta zbędność.

„Przyducha” to autorska fantazja o tym, czym jest dziś koncepcja sztuki i artysty, jaką pozycję wypracował sobie twórca, jak często jesteśmy sobie bliscy tylko wtedy, gdy pożyteczni, oraz o tym, w jaki sposób terror systemu wypacza poczucie ludzkiej tożsamości. Same poważne tematy, ale Prus daje oddech czytelnikowi, bo mamy w powieści fragmenty groteskowo-ironiczne z elementami purnonsensu i taki rodzaj grozy, że czyta się z zafascynowaniem, bieg zdarzeń skutecznie skupia uwagę. Maciej Piotr Prus opowiada o tym, jak bardzo stajemy się dziś osobni przy pomrukach groźnych ludzi, którzy krzyczą swoje groźne hasła, i coraz mniej zależy nam na tym, by nie stały się one rzeczywistością. W Krakowie z „Przyduchy” rzeczywiste staje się wszystko to, co mogłoby się pojawić w jakimś mrocznym śnie, a jest ciągiem lepiących się do siebie zdarzeń, które dodatkowo zatruwa powietrze nad miastem. Tym miastem, które kiedyś tętniło życiem i szczyciło się swoją różnorodnością. Dziś jest upadłe i podległe temu, co narzuca system. Terror i opresja idą w parze z erozją wewnętrznej woli walki, ale także z rozpadem konsekwencji w działaniu. Strach pożera wszystko jak trujący smog. Krakowski Kazimierz izolowany jest już nawet z powodu grypy. Zasieki, druty, pozostałe elementy dzielące – one tkwią w świadomości przerażonych bohaterów, którzy miotają się w niemocy i nie są w stanie z nią zerwać. Tylko narrator tej historii będzie gotów wziąć na siebie odpowiedzialność za czyn wydobywający z niemocy. Na pewno będzie gotów?

Powieść Prusa to kolaż ironicznych dykteryjek z wyjątkowo konsekwentnie stosowaną techniką obrazowania noir – bez balastu patosu, lecz w słodko-gorzkiej tonacji opowieści o ludziach, którzy przestają żyć naprawdę. Jest w tej historii kilka elementów przykuwających uwagę, a jednym z nich jest konstrukcja głównego bohatera. „Przyducha” to jednak powieść o pewnej społeczności i pewnym mieście, w którym możliwości się skończyły. Od stagnacji można uciec tylko do Pięknego Psa. Od siebie samego nie ma ucieczki. Nieliczni będą ci, którzy przebrną przez lekturę i z wysoko podniesioną głową powiedzą, że ich nie dopadły lęki świata Prusa. Krakowski autor jest sugestywny, groźny, ale jednocześnie świadomy tego, jak opowiadać o relacjach międzyludzkich, by – przez pryzmat postapokaliptycznego miasta – pokazać, że bardzo się luzują, rozpadają i mimo wszystko możemy zrobić coś, by było inaczej. Dla miłośników Krakowa, w którym czuli się wolni i swobodni – lektura obowiązkowa. To nowa perspektywa patrzenia na miasto, a może wyrażenie obaw, które z różnych powodów mogą być politycznie niepoprawne. Brawa za pomysł i ujęcie tematu. Zgadzam się z Korą – naprawdę świetna książka!


PATRONAT MEDIALNY

2017-10-05

„Nikt mnie nie ma” Åsa Linderborg

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 27 września 2017

Liczba stron: 352

Przekład: Halina Thylwe

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Szwedzkie smutki

To spora sztuka napisać sugestywną powieść o sprawach osobistych i jednocześnie społecznych. Umieścić środek ciężkości tak, by opowiedzieć o czymś wyjątkowo intymnym, ale osadzić to w uważnym spoglądaniu na czas mijający dla społeczności. Jakkolwiek subiektywną perspektywę opisu tego czasu by się przyjęło. Åsa Linderborg napisała wyjątkową książkę, w której stawia pytanie o to, czy rodzicielska miłość to wystarczająco wiele dla dziecka. Jednocześnie obrazuje przemiany, którym podlegała Szwecja przez kilka ważnych dekad, dochodząc do istoty własnej socjaldemokracji, a czyniąc na tej drodze trudności ludziom takim jak odrzucony i wiecznie samotny ojciec głównej bohaterki. „Nikt mnie nie ma” to przejmujący opis silnych relacji, w których pojawiają się pęknięcia, i pełna wzruszeń książka o rozpadzie autorytetu, o kilku rodzajach wyobcowania. W tle zmiany wywołane upływem czasu. Autorka podkreśla, że zawsze ma on wpływ na charakter relacji. Zawsze też, bez względu na jakąkolwiek zmianę, pozostaną tęsknota i żal za tym, czego w odpowiednim czasie się nie zrobiło albo nie powiedziało. Tak, to powieść o zysku i utracie. „Człowiek wie, co ma, ale nie wie, co może stracić”. O świadomości posiadania tego, co cenne, i nieutulonym żalu za tym, co powstało jako wyrwa w emocjach.

Åsa ma tylko tatę. Wielkiego, silnego, odpowiedzialnego i najmądrzejszego ze wszystkich ludzi na świecie. Jego spracowane dłonie obejmują z czułością dziecko, które nie musi jeszcze rozumieć trudnego świata wokół. Ojciec to jej punkt odniesienia, centrum prywatnego wszechświata. Jedyna osoba, na której można w pełni polegać. Taka, która kocha bezwarunkową miłością. Opowieść zaczyna się od opisu tego, co zawiera portfel po nieżyjącym już Leifie Anderssonie. To ślady tego, czego dziecko nie dostrzegało, a dorosła osoba po stracie nie jest w stanie zrozumieć. Ale najpierw jest ten pewny i wspaniały tata, który zapewnia poczucie bezpieczeństwa i wie, jak żyć. Domowy pedant z cuchnącymi stopami. Wiecznie zapracowany i przekonany o tym, że praca to fundament życiowy. Ignorowany przez rodzinę, najmłodsze dziecko w zatomizowanym świecie ludzi różnego wieku. Jest wszystkim dla swej Åsy. „Poskramiaczem smoków” w zakładzie metalurgicznym. Dzielnym robotnikiem, który szare i tonące w niedostatkach życie potrafi tak zaczarować, że córka pozbawiona matki wie, iż ma oparcie, jest najważniejsza, że ktoś o nią zawsze zadba.

Ale tak nie będzie zawsze. Kiedy dziewczynka przepracuje traumę nagłego odejścia matki, o którym nigdy się nie mówiło, znajdzie z czasem bliskość w jej buntowniczym charakterze, politycznej zadziorności, w podążaniu własną ścieżką i z samodzielnością, na jaką nie była w stanie zdobyć się u boku Leifa. Matka Åsy nie chce stać się taka jak jej babka. Elementem domowego wystroju z wyznaczonymi obowiązkami, rolami, gestami i słowami. Odchodzi i to Leif podejmuje się trudu prowadzenia przez życie swojej dziewuszki. Z czasem stają się kompanami i kumplami. Jak Pippi Pończoszanka i jej ojciec. Zawsze razem.

„Zawsze” jednak rozpada się – dla Åsy inaczej, dla Leifa inaczej. Sfrustrowany robotnik, który całe życie poświęcił jednemu zajęciu, wciąż schowany ze swymi poglądami i przekonaniami, doświadcza przemian wpływających na kształt uporządkowanego świata, w którym chciał wychować córkę. Postać Leifa jest tragiczna w kilku wymiarach – przede wszystkim osobistym, ale też społecznym. Ojciec nie jest w stanie dać dorastającej córce tego, co wydobywała z niego jako dziecko. Poddany próbom robotnik nie odnajdzie się w świecie, w którym zachodzi zbyt wiele zmian. Leif marzący o równościach bez podziału, jednocześnie bierny i skryty w sobie. Kwestionujący publiczne próby wyrażania buntu. Nie zbuntuje się, gdy pewnego dnia Åsa wyprowadzi się z domu. Uda do tej, która przecież przed laty porzuciła. Co jednak musiał porzucić on sam? Jakie przekonania, jakie idee? Czym staje się Szwecja, z której jest przecież tak dumny? To kraj osadzający go na lata w wielkiej samotności i wyobcowaniu.

Åsa Linderborg czule opowiada o własnej perspektywie patrzenia na chaos, w który wpada jej ukochany tata. Co jej dał, a czego nie potrafił dać? Dlaczego przez całe życie będzie się bała porzucenia i tego, że może nie sprostać oczekiwaniom dzieci? Leif najpierw był podporządkowany ładowi, dzięki któremu trwał porządek jego domu, potem osunął się na skraj przepaści, skąd nie znalazł drogi powrotnej. Od pewnego momentu życia nie mógł się tym życiem cieszyć. Tęsknił za porządkiem niedoborów, ale z bliskością córki. Ona sama zaczyna odsuwać się stopniowo, ale nie pozbawia jej to czułej perspektywy na ojca. Nawet wówczas, gdy przestaje być duży i silny. Może zwłaszcza wtedy, bo widzi, że nikt tak naprawdę nigdy się nad nim nie pochylił z uwagą.

Podziw, miłość, rozczarowanie, gniew, żal i potworna tęsknota. Åsa Linderborg jest genialną przewodniczką, opowiadającą o trudnych emocjach i niuansującą różnice między nimi. „Nikt mnie nie ma” to opowieść o dorastaniu dziewczynki, o robotniczym trudzie codzienności i o zrastaniu się z nią w toksycznym wymiarze. Ta książka to także historia miasta. Västerås to niemy bohater – topografia miejsca idzie w parze z portretowaniem topografii uczuć narratorki. Jesteśmy bardzo oddaleni od tego, kogo tu naprawdę należałoby zrozumieć, ale widzimy go jednocześnie bardzo czytelnie. Okaleczonego w emocjach, gdy wchodzi w relacje. Niepełny mąż, syn, ojciec, pracownik. Obok zagubiona dziewczynka, która odnajduje sens i rozumie znaczenie możliwości, jakie dają nowe czasy. To gorzka opowieść o tym, przez co przeszła Szwecja, nim dla wielu stała się rajem. Także osobista historia punktująca te momenty, w których silne relacje między najbliższymi zamieniają się w pustkę pełną niespełnionych oczekiwań. Nikt mnie nie ma” to historia o różnego rodzaju smutkach, ale w tej melancholii wspomnień jest siła – przemawiają dosadnie, dotykają emocji, pozostawiają w trudnym do zniesienia napięciu. Na śmierć i odchodzenie zawsze jest za wcześnie. Na to, by ujrzeć swoje życie w zmieniającej się perspektywie – zwykle za wcześnie. Åsa Linderborg dotyka w swojej powieści problemu odpowiedzialności za bliską osobę. Ile należy jej z siebie dać, a ile dać się nie da, gdy oddalenie robi swoje, a żal miesza się ze smutkiem i niechęcią. Bardzo przejmująca książka o relacjach rodzinnych i tych obywatela z państwem. Osobista oraz wieloaspektowa. Wyjątkowo ujmująca.

2017-10-03

„Księżyc z Peweksu. O luksusie PRL” Aleksandra Boćkowska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 27 września 2017

Liczba stron: 328

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Deficyty

Aleksandra Boćkowska naprawdę lubi to, co robi. Badała już trendy modowe w PRL-u, a dzisiaj prezentuje efekt kolejnej fascynacji epoką. Słowo „luksus” przez wiele mrocznych dekad miało w Polsce bardzo różne znaczenia. Dla jednych był to synonim obecności rolki papieru toaletowego w łazience, dla innych zdobycz za dolary ze sklepów, które nie były dostępne dla wszystkich. Niektórzy – i to jest w tej publikacji mocno akcentowane – napawali się luksusem, kiedy mieli komfort wyrażania własnych emocji i przeżyć. Autorka zaznacza, że jednym z cenniejszych przedmiotów przemytu mógł być zeszyt z notatkami z zagranicy. Analizując znaczenia słowa wytrychu, Boćkowska w swoim reportażu diagnozuje kondycję polskiego społeczeństwa, które rozwarstwione po powojennych reformach rolnych, miało się coraz gorzej nie wskutek codziennych trudności ze zdobyciem niezbędnych produktów, ale poprzez przekonanie, że w którymś momencie jedni zaczęli mieć zdecydowanie więcej niż inni. „Księżyc z Peweksu” to nie tylko wieloaspektowa, imponująca bibliografią publikacja o zjawisku tyleż jednoznacznym, co zaskakująco różnie definiowanym – w zależności od statusu i odpowiedniej dekady, gdyż PRL wbrew pozorom potrafił się mienić różnymi barwami swego wizerunku. To przede wszystkim odważna książka o anatomii polskiej zawiści – cesze, z którą bynajmniej nie pożegnaliśmy się tak chętnie jak z poprzednią epoką. Uwarunkowania do zazdrości w posiadaniu lub możliwościach przeszły w nas z pokolenia na pokolenie stosunkowo gładko. Dziś nawet mocniej niż w PRL-u jesteśmy niechętni wobec tych, którzy mają lepiej, i chętnie ich stygmatyzujemy, robiąc krzywdę przede wszystkim samym sobie. Boćkowska opowiada o tym, dlaczego wciąż tak się dzieje. Snując jednocześnie barwne opowieści o szarym kraju wszelkiego deficytu, który musiano sobie rekompensować na wiele, kuriozalnych i groteskowych często sposobów.

„Dzisiaj luksusem jest dostęp do najdroższego i najrzadszego. W PRL luksusem był dostęp do czegokolwiek”. Boćkowska zaczyna jednak od innego dostępu, dostępu do morza i wizerunku Gdyni jako miasta mającego możliwość kontaktu z tym, co dalekie i lepsze, miasta bardzo niewygodnego dla władz. Dowiadujemy się zatem, kim byli w ówczesnym społeczeństwie marynarze i że ślady luksusowych dóbr w ich życiorysach to niekoniecznie przyjemny wybór, ale często konieczność, gdy szmuglowaniem dorabiali do marnych pensji. Już w tych opowieściach widzimy, że synonimy słowa kluczowego dla całej książki tworzono w oparciu o to, co istnieje, funkcjonuje, daje się zużyć i utrzymać w domu za granicą – w lepszym, bo kapitalistycznym świecie. Braki w Polsce to nie tylko kwestia utrudnionego dostępu do masła, cukru czy wędlin. To pewna narodowa trauma wiecznego niedoboru, która przekazywana była przez jedną władzę drugiej. Wiecznie tkwiliśmy w poczuciu niedosytu, ale tylko kompulsywnie usiłowaliśmy mu zaradzić. Na przykład rządy Edwarda Gierka miały być wspaniałą drogą do dobrobytu, który się Polsce wreszcie miał należeć, a stały równią pochyłą, na której pojawiały się obecne do dziś rozwarstwienia społeczne.

Boćkowska rozmawia z tymi, którzy luksusu doświadczyli, i tymi, którzy chętnie o nim rozmawiają, bo na zawsze pozostał synonimem czegoś na tyle niezwykłego, że domaga się wciąż nowego nazywania, określania kontekstów. Wyraźnie portretowany luksus władzy to coś, z czego dzisiaj każdy zdaje sobie sprawę. Nie każdy jednak wie – a dowie się po lekturze tej książki – jak wiele różnych czynników niesprawiedliwie sankcjonowało to, że klasa rządząca była jednocześnie elitą eksperymentowania z tym wszystkim, czego zwykłemu obywatelowi odmawiano. Luksus władzy to nie tylko wygodny samochód, równie wygodna willa czy ekskluzywne restauracje. To przede wszystkim możliwość dokonywania wyborów, dobierania sobie tego, co cenne, i kształtowania życia wokół wartości oraz przedmiotów, których istnienie sankcjonowała logika podległości. W socjalizmie bowiem wszyscy byli równi… ale głównie względem prawa, a prawo stanowiło, że ludzie władzy mają przywileje i z tym nie można było dyskutować.

Aleksandra Boćkowska wie, że nie analizuje tematu jako pierwsza. Bardzo mi się podoba sposób, w jaki z uprzejmością i umiejętnością celnych zestawień wchodzi z dialog z wieloma ludźmi opisującymi temat już wcześniej. Nie ma tu obecnej czasem w reportażach megalomanii autora. Jest uważne spoglądanie na te aspekty rozwarstwienia w posiadaniu i możliwościach PRL-u, o których poprzednicy nie wyrażali się zbyt precyzyjnie. Boćkowska stara się przede wszystkim przybliżyć nam relacje tych, którzy widzieli w luksusie zarówno szanse, jak i zagrożenia. To zatem książka, która nie pomiesza pojęć ani punktów widzenia. Zrówna w jednym słowie potrzebę kupna bananów, posiadania telefonu, ale i pragnienie wewnętrznej wolności. Zrówna, a jednocześnie zniuansuje problem, wskazując, jak różne były odmiany luksusu za Bieruta, Gomułki czy Gierka. Z jaką różnorodnością jego określania spotkać się można w opowieściach ludzi mających możliwości i tych, którym jakiekolwiek możliwości wyboru były skutecznie odbierane.

Luksus Boćkowskiej to słowo, wokół którego stworzona została pasjonująca opowieść o czasach, gdy każdy się starał, by osiągać oraz posiadać dużo więcej, niż określały to możliwości. Autorka przedstawia, z jaką pasją i radością można opowiadać o czymś, co było deficytowe, niemożliwe do osiągnięcia. Tak, jest w tej książce sporo humoru i takie spojrzenie na polskie wszechobecne braki, z którego wydobywa się nowa perspektywa. Ci, którym luksus był daleki, czasami posiadali więcej niż najbardziej majętni. Ci zasobni we wszystko, czego nie miał przeciętny Polak, nie doświadczali przyjemności zdobywania czegoś stopniowo. Luksus łączył się z definicjami, kim się jest, ale także z tym, czego w danych okolicznościach nie powinno się mieć. Nade wszystko jego różnorakie znaczenia powiązane były z tym, jak różnie w gruncie rzeczy żyli Polacy odmiennych zawodów i mieszkający w różnych rejonach kraju. Bardzo się cieszę, że „Księżyc z Peweksu” to nie jest kalka legend o kolejkach, zdobywaniu i tęsknotach za podróżami do lepszego świata. Boćkowska uważnie i z empatią przyjrzała się ludziom, którzy czuli się dyskomfortowo z tym, co mają, ale niekoniecznie z tym, jacy są. PRL przerażał ludzi z zagranicy i zmuszał do surowych kompromisów tych, którzy w kraju nie mieli alternatywy. Jednocześnie myśli o różnego rodzaju bogatym posiadaniu wpływały na to, jak kształtowały się ludzkie marzenia, inspiracje i sposób patrzenia na rzeczywistość niedosytów. Książka Aleksandry Boćkowskiej jest opowieścią o całym spektrum przeżywania świata, w którym – wbrew pozorom – znalazło się wiele różnorodności oraz możliwości, by wziąć w posiadanie coś, co było prywatnym luksusem, synonimem szczęścia… albo przekleństwa. W peweksach i gieweksach (sic!) można było wybrać dla siebie coś wyjątkowego. Tak jest też z tą książką, która wydobywa z czasu minionego opowieści o tym, co może być dla nas dzisiaj skarbem. Luksusem dla czytelnika jest bowiem dobrze skrojona opowieść. Tych w „Księżycu z Peweksu” nie brakuje.

2017-09-29

„Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebecca Solnit

Wydawca: Karakter

Data wydania: 5 września 2017

Liczba stron: 190

Przekład: Anna Dzierzgowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Płeć przemocy

Publikowane wcześniej eseje i wykład na temat bliskości z Virginią Woolf i Susan Sontag Rebecca Solnit zebrała w jednym zbiorze nie bez powodu. Teksty pełne ciętej ironii i gorzkiego sarkazmu ogniskują się wokół utrwalanej przez wieki niemożności kobiet do wyrażenia siebie, zabrania głosu w każdej sprawie, do wypowiadania się w kwestiach, w których to kobiety mają najwięcej do powiedzenia. Ten zbiór tekstów obrazuje także genezę i różnorodność męskiej przemocy wobec kobiet, ukazując autorską dumę z tego, jak wiele zmian dokonało się dzięki ruchom feministycznym. „Mężczyźni objaśniają mi świat” to w gruncie rzeczy opowieść o tych, którzy powinni posłuchać, a nie objaśniać. To książka, którą powinien przeczytać każdy mężczyzna, bo traktująca męskość z niebywałą empatią – taką, jakiej brakuje dominującym w przestrzeni publicznej i w prywatnych domach oprawcom. Nazywająca przemoc imieniem płci męskiej i demaskująca różne formy uprzedmiotawiania kobiet, których źródeł Solnit szuka w bardzo szerokiej perspektywie, punktując między innymi nadużycia władz. Czarny humor i erudycja autorki łączą się zgrabnie z publicystycznym sznytem publikacji. Czytanej na wdechu i specjalnie tendencyjnej, choć momentami niekoniecznie trafnej – jak w opowiadaniu o problemach wokół Międzynarodowego Funduszu Walutowego i kapitalistycznych nierówności językiem opisującym seksualną podległość.

Zasadnicza teza zbioru koncentruje się wokół problemu odbierania kobietom wiarygodności oraz słyszalności. Tendencja do tego, by wątpić w to, co kobieta mówi, albo ignorować jej punkt widzenia, rozwijała się konsekwentnie od wieków – w kulturze patriarchatu, związków opartych na podległości i zdecydowanym przekonaniu o tym, że żona jest cieniem męża. Solnit porusza także kwestię gwałtu. Pisząc z kraju, w którym zgłaszany jest on wymiarowi sprawiedliwości co sześć minut. W imieniu tych, które tego nie robią i które mogłyby zintensyfikować tę przerażającą statystykę. Rozważania Solnit o kondycji ofiary oraz o portrecie sprawcy idą w parze z nakreślaniem pewnych społecznych zależności, które – także z kolejnymi wiekami – usankcjonowały akt seksualny oparty na przemocy. To właśnie męską przemocą amerykańska działaczka stara się konsekwentnie zajmować w każdym z esejów zbioru. To jej genezę i obraz współczesny przestawia, podejmując wątek nieobecności kobiety w strukturach, związkach i zależnościach sankcjonowanych przez mężczyzn.

Rebecca Solnit używa nomenklatury wojennej, by oddać bezsilność i częste porażki kobiet pragnących walczyć o własną tożsamość i samostanowienie. Jednocześnie punktuje momenty, w których odwaga kobiet pomogła zerwać z maczystowskim status quo. Nie chodzi jedynie o to, co mąż robi żonie w przestrzeni ich wspólnego domu. Chodzi o klasyfikację rodzajów przemocy, których dopuszczają się mężczyźni w sferze publicznej – słowem, frazą, gestem, dopiero na końcu czynem. Solnit nie umniejsza wagi żadnego problemu związanego z deprecjonowaniem kobiecej tożsamości. Bardzo ciekawie wygląda analiza językowa tego, w jaki sposób poprzez słowa umniejsza się znaczenie przemocy wobec kobiet oraz jak marginalizuje się cierpienia ofiar. Już sam język może być opresyjny, a tłumaczone za jego pomocą zdarzenia mogą zawierać margines interpretacyjny, nie brzmieć jednoznacznie. A przecież przemoc, ta męska i ta sankcjonowana w tak wielu kontekstach, stale ma miejsce i wciąż na nowo trzeba o niej mówić. Dlatego cieszy pomysł zebrania esejów w jeden tom, bo być może teraz sygnalizowane problemy, dla których męski świat nie szuka rozwiązań, stają się nakreślone w wielu kontekstach i jest to bardzo czytelne.

„Mężczyźni objaśniają mi świat” proponuje taki model krytyki rzeczywistości, który wydobył się z uważnej lektury dzieł wspomnianych Virginii Woolf i Susan Sontag. Polemizując i zgadzając się z nimi, Solnit obrazuje pewien rodzaj wrażliwości na detale, poprzez które interpretowane są ludzkie zachowania. Sugestywność tego, w jaki sposób słowo nie jest kompatybilne z czynem, każe autorce poszukiwać rozumnej i gniewnej drogi kontestowania zła świata wobec kobiet, które to zło zostaje nieprecyzyjnie albo błędnie nazwane. W tym znaczeniu nie jest to tylko odzwierciedlanie faktów, ale przede wszystkim ich krytyczna interpretacja. Rola kobiety, tej, której słowo może mieć mniejszą wagę niż słowo mężczyzny, to rola ofiary – sankcjonowanej jako ta, która bardzo często w jakiś sposób dopuszcza do spotykającego ją aktu przemocy. Solnit dobitnie i wyraźnie mówi za te wszystkie kobiety, które dotknęła przemoc i niesprawiedliwość jej akceptowania. To zatem książka o trudności w obronie i lekkomyślności sprawców różnorakich aktów przemocy. O świecie, w którym nawet narzędzia władzy pozwalają sankcjonować gorszą pozycję kobiety, tej nieporadnej, czasem konfabulantki, niewiarygodnej i często oczekującej więcej, niż może oczekiwać.

W zasadzie to powinno dziwić i zatrważać, że taka publikacja jest wyjątkowo czytelna i bolesna dzisiaj, w XXI wieku. Solnit zdaje się sugerować, że upływ czasu w postrzeganiu relacji damsko-męskich i statusu kobiety w bardzo niewielkim stopniu wpływa na zmiany w postrzeganiu tychże. To jednak książka pokazująca, jak wiele mimo wszystko udało się osiągnąć. Często to nie kompromisy, lecz walki na froncie wojennym o uznanie i tożsamość spowodowały, że część kobiet w USA i na świecie osiągnęła to, o czym pisze autorka – zostały wysłuchane i są partnerami w światowej dyskusji dotyczącej nierówności praw i przywilejów, dzięki którym męska przemoc w wielu wymiarach wciąż ma się na świecie tak dobrze. To też wyraz zadowolenia z tego, że przemoc wobec kobiet zaczyna być widziana we właściwych ramach. Dlatego Solnit czuje się działaczką, osobą na ideologicznej wojnie, powierniczką lęków egzemplifikowanych przez patriarchat i zdecydowaną buntowniczką wobec opresyjności spadającej na kobiety za to, że… stały się ofiarami, dały możliwości i stworzyły konteksty dla tej przemocy, której same mogły zapobiec.

Teksty zbioru elektryzują, są bardzo dynamiczne i celnie portretują tę odwieczną walkę płci, w której budowane są mury i różnice, a coraz trudniej ujrzeć równość – możliwości, potrzeb i oczekiwań. Feminizm, o jakim rozprawia Solnit, ma za zadanie bronić przed niesprawiedliwością. To książka o długiej drodze do tego, by kobiety były traktowane sprawiedliwie. To dość żenujące i naprawdę przykre, że o sprawiedliwość i równość między płciami wciąż tak samo intensywnie trzeba walczyć. Pouczające i zapadające w pamięć!